Kolorowa słodycz w szkle

przez , 18.lip.2015, w mitologiapolska

Kolorowa słodycz w szkle

 

Kiedy jechałam rowerem z Trzebonia, na wysokości jazu na Łobżonce zatrzymało mnie młode małżeństwo i mocno podekscytowani prosili o interwencję, bo na nowym Bulwarze 700-Lecia, pijana młodzież niszczy nową ławeczkę stojącą nad rzeką. Pomyślałam sobie, że jeśli ta młodzież jest pijana i nie ma żadnych hamulców, to pewnie moja interwencja też nic nie da. Powiedziałam to. Mężczyzna jednak odpowiedział, że jako dziennikarz mogę zrobić zdjęcie i pokazać na policji. Pomysł nie podobał mi się bardzo, ale zawróciłam rower i pojechałam we wskazane miejsce, by chociaż zobaczyć co się tam dzieje. Zatrzymałam się tuż przy biesiadujących młodych facetach, którzy odprawiali swoje „modły” nad pustą do połowy skrzynką piwa. Gdy mnie zobaczyli zamilkli, patrząc na mnie pytająco. Ławka była cała, ani śladu bijatyki, czy prób dewastacji. Powiedziałam im  „szczęść Boże” i odjechałam. Ławka  ani ta, ani żadna inna na bulwarze nie została zniszczona. A pomyślałby kto, że jak młody to już zupełnie do niczego. Nie taki diabeł straszny…

Jedna z moich znajomych od wielu lat mieszka w Toruniu. Pewnego dnia , zaproszona przez nią, pojechałam ją odwiedzić. Z Toruniem mam miłe wspomnienia związane ze studiami, no i piękno tego miasta także jest niepowtarzalne. Tak więc z zaproszenia skorzystałam skwapliwie, licząc na to, że odwiedzę znajome miejsca i nałykam się staromiejskiego toruńskiego powietrza. Helena mieszkała na Rubinkowie, osiedlu składającym się z samych dziesięciopiętrowych bloków, podobnych do siebie jak odbicie w lustrze. Za moją namową pojechałyśmy tramwajem na Starówkę.  Odkrywałam na nowo klimat uliczek, kamieniczek, rynków z rozłożonymi na sztalugach widokami toruńskich artystów, kafejek, empiku, rzeki  przechodniów, którzy niby mrówki lub pszczoły poruszali się pozornie bez celu i sensu, ciemne i chłodne jak jaskinie kościoły, pełne wiekowych dzieł sztuki,  klimat ruin krzyżackiego zamczyska i Wisła, wlewająca się falą prawie na ulicę, gdyż wiosna tego roku już od samego zarania groziła powodzią i wylewami.  W pewnym momencie Helena oznajmiła, że owszem jest tu fajnie, ale ona nigdy tu nie była. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, a nawet grozy. Było dla mnie niepojęte, żeby wiele lat mieszkać w Toruniu i nie odwiedzić ani razu Starówki. Nie zdobyłam się nawet na żaden sensowny komentarz, bo może zresztą nic sensownego nie dałoby się na ten temat powiedzieć.  A mnie korciło, by odwiedzić jeszcze muzeum w ratuszu, gdzie jak przeczytałam na plakacie, czynna była wystawa malarstwa polskiego  wieku XIX. Poszłyśmy zatem do ratusza.  O ile wystawa nie rozczarowała mnie, o tyle Helena znów mnie zaskoczyła, mówiąc że nie ma co oglądać, bo na obrazach same brzydkie kobiety. Spróbowałam jeszcze raz i zaprosiłam znajomą do teatru, gdzie grano „Biesy” według Dostojewskiego. Dla potrzeb tego interesującego spektaklu „przebudowano” całą widownię, z której zrobiono ogromna scenę. Widzom pozostało miejsce na balkonach.  Ambitna scenografia, ambitna reżyseria i trudny temat nie przyciągały widzów. A Helena? Przyzwyczajona do zaskoczeń już się nie dziwiłam, że przez cały czas trwania spektaklu jadła cukierki, zajęta bardziej odwijaniem ich z papierków niż treścią przedstawienia. W sumie chyba była niezadowolona z mojej wizyty, gdyż więcej mnie nie zaprosiła.

Miejscowość Skic w powiecie złotowskim ma dobrego gospodarza. Widać to zaraz przy wjeździe do wsi, gdzie po lewej stronie szosy znajduje się niewielki wiejski park. Zadbane alejki, wśród starych wysokich drzew rabaty z tujami i cisami, inny niż wszędzie, bo drewniany plac zabaw, przy czym drewno pięknie impregnowane, prezentuje się naprawdę dobrze. Co jednak najważniejsze w tym miejscu, to urokliwe rzeźby w drewnie podarowane wiejskiemu parkowi przez miejscowego ludowego artystę. Świątki w kapliczkach, unoszące dłoń w geście błogosławieństwa, królewskie postacie o twarzach surowych i dostojnych, pełne władzy i dumy mówią wszystko o mitologii, która je stworzyła. Usiadłam na ławeczce w tym niezwykłym otoczeniu, a rower postawiłam obok. Chwila odpoczynku po zrobieniu kilkunastu kilometrów na moim wehikule, na którym z satysfakcją odwiedzam sąsiadujące z Łobżenicą wsie i miasteczka. Czasem rozmawiam z ludźmi, a często fotografuję osobliwości, na jakie uda mi się trafić. Wielki świat zwiedziłam, gdy byłam młoda. Teraz fascynuje mnie to co małe, pozornie znane – pozornie gdyż w małym odkryć można to co niezwykłe, niepowtarzalne, fantastyczne w treści i formie. Siedzę więc sobie i odpoczywam rozglądając się wokół, gdy nagle spostrzegam przyczepione do gałęzi starych drzew figurki ptaków kolorowych, egzotycznych i nieprawdopodobnie a naiwnie realistycznych. Uśmiechnęłam się w duchu do siebie, żałując że jestem sama i nikt nie może tego wszystko mówiącego uśmiechu ze mną dzielić. Artysta, który tak zaludnił ten urokliwy park swoją twórczą wyobraźnią, natychmiast skojarzył mi się ze świętym Franciszkiem. Bo to ten sam klimat i ta sama osobowość: jedna święta a druga artystyczna. Niewątpliwie mogą sobie podać ręce…  na znak pokoju.

IMG_9642-20150718-113814


Odpowiedz

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...