Zemsta

przez , 29.wrz.2015, w mitologiapolska

Zemsta

 

Kiedy Konstanty  Czajczyński umierał, nie było przy nim nikogo. A było to 27 listopada 1855 roku. W Europie szalała epidemia cholery i ludzie pełni strachu unikali się wzajemnie, podejrzewając jeden drugiego o roznoszenie zarazy. Zarazę widziano wszędzie, w każdym przechodniu na ulicy, w każdym domowniku i w każdym sprzęcie używanym przez  inną osobę. Przestano podawać sobie ręce na powitanie, a o pocałunkach powitalnych czy pożegnalnych zapomniano już dawno. Tak było także w Czajczu, wsi rodowej hrabiów Czajczyńskich herbu Leliwa.  Pół roku wcześniej zmarła na cholerę matka hrabiego, hrabina Czajczyńska de domo Chrostowska herbu Lubicz. Hrabia był samotnikiem, ludzi unikał, okna zasłaniał czarnymi storami i nigdy nie widziano go w kościele. Dlatego różne pogłoski o nim chodziły wśród ludzi, że hrabia jest masonem, że duszę zaprzedał diabłu i stąd zło w nim tylko mieszka. Tymczasem hrabia samotnie przechadzając się po ogrodzie ze swym ukochanym wyżłem Hektorem, oddawał się niezdrowym dla umysłu rozmyślaniom i filozofii oraz wiersze namiętnie czytał,   Fausta Goethego na pamięć znał,  Lorda Byrona poematy recytował, rozkoszując się ich pięknem i duszę samotną kojąc mrocznymi ich strofami. Ostatnio zakupił tomy filozofii francuskiej w tym „Myśli” Blaise’a Pascala, z którymi nie rozstawał się nawet podczas snu. Ponurość osobowości hrabiego, jego skłonności samotnicze i chorobliwą wyobraźnię wyrażała architektura dworu, w którym mieszkał. Budowla to była także ponura z surowej cegły, z ogromnymi, kutymi, dębowymi drzwiami, nad którymi herb Leliwa wyobrażony, dawał smutne pojęcie o gospodarzu. Hrabia Konstanty miał dopiero 28 lat i wcale przystojną postać, niemniej za kobietami ani się nie uganiał, ani ich do swego domostwa nie zapraszał. Umarł tak jak żył. Samotnie i bez rozgłosu. Gdy go znaleziono (wyważono drzwi, gdyż słyszano nieustające wycie Hektora, który wychudzony przy swoim panu warował), hrabia nie żył co najmniej od kilku dni, bo domostwo jego cuchnęło niesamowitym trupim zapachem. Przyczyną śmierci nie była cholera. Hrabia miał podcięte żyły, a łóżko, w którym leżał jedną było wielką krwawą plamą, jak na pobojowisku. Na stole leżał papier podpisany ręką hrabiego niczym cyrograf, w którym polecał pochować się wraz z Hektorem (prosił o zastrzelenie psa) w niewielkim mauzoleum, które sobie postawił w ogrodzie. Mauzoleum to zbudowane było także z czerwonej cegły z oknami w witrażach, a wewnątrz marmurami wyłożone były parapety i podłoga. Sarkofag z granitu stał po środku sześciokątnego wnętrza, którego dach przykryty był blachą miedzianą, jeszcze dość świeżą i niezaśniedziałą.

Bojąc się hrabiego nawet po śmierci, spełniono jego testament co do joty, a potem starano się zapomnieć czym prędzej, więc opustoszałe domostwo zasnuwało się powoli pajęczynami, kurzem i brudem. Największy strach w ludziach wywierała ogromna biblioteka z tomami oprawionymi w skórę, marmurowym kominkiem i ogromnym kandelabrem u sufitu, którą otwarto tylko raz w dniu pogrzebu hrabiego, by  znaleźć jakieś adresy przyjaciół czy dalszej rodziny. Chciano ich powiadomić o śmierci i dziedziczeniu majątku. Nie znaleziono niczego, więc drzwi dworu zamknięto wielkim kluczem, przeżegnano się na wszelki wypadek i nikt więcej o tej historii nie wspominał.

Był rok 1973. Trwało słoneczne i ciepłe październikowe babie lato. Złotolistna jesień szumiała ostatnim drgnieniem życia przed nadchodzącą w zawrotnym tempie listopadową ulewą – niby zawodzenie płaczek nad trumną narodowego bohatera, stawał się oczekiwany listopad metafizyczną pauzą przed nadejściem kamiennej i wiekuistej zimy. A tymczasem w biurze dyrektora  Państwowego Gospodarstwie Rolnego w Czajczu, które utworzono na włościach hrabiów Czajczyńskich herbu Leliwa, rozdzwoniły się oba telefony stojące na zabałaganionym biurku. (Dyrekcja i biura mieściły się we dworze, którego ponurego wyglądu wcale nie postarano się zmienić. Wymieniono jedynie okna, zostawiając ich romantyczny styl, z czego dyrektor, Mateusz  Kozak bardzo był dumny). Teraz odebrawszy oba telefony jednocześnie, nakrzyczał do jednego z nich, żeby chwilę poczekać, a do drugiego krzyknął bez ceremonii:

- Co tam znowu?

- Panie dyrektorze, jutro zgodnie z umową przywozimy młodzież na wykopki. Rano o ósmej już będziemy w Czajczu.

- Skąd dzwonisz, koleżanko? Bo my umawialiśmy się z kilkoma szkołami.

- Liceum Ogólnokształcące w Łobżenicy. Mówi sekretarka Aldona  Musiał.

- A tak. Was traktuję priorytetowo, jako że moja córka uczy się u was. Dla jej klasy dołożymy dodatkowo po czekoladzie dla każdego ucznia. W takim razie jutro o siódmej podstawiamy autobus. I żeby mi nie było spóźniania. Bardzo na was liczymy!

Sekretarka chciała cos jeszcze dodać, ale w gorącej wodzie kąpany dyrektor Kozak już rozmawiał przez drugi telefon, krzycząc i wywijając ręką, w której tkwiła nierozłączona słuchawka.

Nazajutrz młodzież z Łobżenicy zebrawszy pole ziemniaków, zasiadła do posiłku. Paczka chłopaków: Krzysiek Zatorski, Rafał Tkacz, Józek Pieścikowski i Heniek Raźny, a także ich koleżanka Magda Wagner dostrzegli, że w pobliskim parku dworskim, który stał teraz niewiarygodnie zarośnięty bluszczami, powojami, ostem i pokrzywami, można znaleźć coś ciekawego. Cała piątka pobiegła więc tam i ku swojej uciesze znalazła sześciokątne mauzoleum, do  którego wśród morza chwastów, trudno było dotrzeć. Krzysiek, chłopak o cechach przywódczych i niezły sportowiec dotarł tam pierwszy. Magda na końcu, ale widząc kolegów otwierających drzwi wiszące na jednym tylko zawiasie, zapragnęła także zobaczyć co jest w środku. A widok był opłakany. Pobite witraże, które mimo poważnych uszkodzeń zdradzały i to, że były niegdyś niepośledniej urody, wyrwane z parapetów i podłogi marmury, oraz sarkofag także odarty z wszelkich ozdób, a w brudzie i kurzu ledwo czytelne epitafium zdradzało kto był tam pochowany.

- Hrabia Konstanty  Czajczyński herbu Leliwa.  1827-1855 – odczytała nie bez tremy Magda.

Krzysiek pchnął i wtedy okazało się, że wieko sarkofagu dość lekko odsuwa się w bok, więc przy pomocy kolegów odsunął je na tyle, że ich oczom ukazał się szkielet zupełnie podobny do kawałka suchego konaru. Chłopcy nie dowierzali, że tak może wyglądać szkielet, ale tajemnicę zdradziły kawałki zupełnie zmurszałej złotej tkaniny, w którą ubrano nieboszczyka. Któryś z chłopaków bezceremonialnie porwał domniemany konar i wywlókł go z trumny. Magda jednak sprzeciwiła się kategorycznie profanacji i chłopaki włożyli szkielet z powrotem, a sarkofag zamknięto. Kiedy cała piątka wróciła na miejsce zbiórki, wszyscy siedzieli już w autokarze. Czekano tylko na powrót  kolegów. Autobus ruszył i wtedy rozsnuł się w nim niesamowity trupi odór, który zszokował jadących. Tajemnicy skąd on się wziął paczka kolegów nie wydała. Otwarto okna i nieprzyjemny zapach rozwiał się niczym senny koszmar.

Autobus jechał szybko, a kierowca któremu spieszyło się do domu dodawał gazu, gdy tylko prosta jak stół droga pozwalała na taki manewr. W pewnym momencie zauważył jadący z naprzeciwka z prędkością na pewno ponad stu kilometrów na godzinę samochód osobowy. Wtedy z kierownicą stało się coś dziwnego. Chociaż doświadczony kierowca usiłował utrzymać kurs, autobus wciąż uparcie skręcał w lewo wprost na nadjeżdżające z naprzeciwka auto. Na czoło kierowcy wystąpiły krople potu. Gwałtownie szarpnął kierownicę w prawo i wtedy stało się. Samochód osobowy przejechał bezpiecznie, lecz autobus z czterdzieściorgiem uczniów z całym rozpędem i niebywałą siłą uderzył w drzewo i stanął w płomieniach. Zanim przyjechały służby, pojazd spłonął doszczętnie wraz z uczniami i personelem pedagogicznym.  Uratowała się jedynie Magda Wagner, którą pierwszy impet wyrzucił przez przednią szybę na zewnątrz. Z lekkimi obrażeniami zabrano ją do szpitala.

W 2012 roku, w czerwcu państwo Magda i Marcin Paproccy przejeżdżali przez Czajcze.

- Muszę zobaczyć to mauzoleum – powiedziała Magda do męża, któremu opowiedziała historię swego ocalenia z wypadku w 1973 roku.

- Też chętnie to zobaczę – odpowiedział Marcin  i zatrzymał wóz tuż przy stojącym przy szosie ponurym dworze, który znów stał pusty, strasząc wyglądem i niesamowitą historią.

Park znów był zarośnięty, lecz przejść tym razem było łatwiej. Widać, że od czasu do czasu ktoś wykasza zielsko i chwasty, choćby tylko z poczucia przyzwoitości. Para dotarła do niewielkiej sześciokątnej budowli. Magda obeszła ją wokół i zauważyła, że w oknach, gdzie niegdyś wybito witraże, znajdują się szyby, a drzwi są zamknięte na kłódkę. Marcin na schodach wspiął się na palce, by przez szybkę nad drzwiami zobaczyć co jest w środku.

- Sarkofag stoi po środku zamknięty – powiedział

- Chodźmy już – odpowiedziała Magda, którą ogarnął nagle niepokój, nie wiedzieć dlaczego.

Tymczasem  słońce zachodziło, cynobrem i purpurą malując niebo, na wschodzie coraz bardziej granatowe i ciemne. Niezwykła aura, niesamowitość chwili i zupełna samotność pary pośród zabudowań wsi, odebrała im mowę. Po Magdzie widać było, że się zwyczajnie boi, że może jakieś mroczne przeczucie szepcze jej do ucha, że lepiej może stąd odjechać i nigdy tu więcej nie wracać. Dotarli do swego auta w milczeniu, gdyż Magda wstydziła przyznać się, że się boi. Przez całe swoje życie uchodziła za kobietę odważną, której byle trwoga, byle strach nie złamie. Marcin otworzył drzwi auta.

- Ja poprowadzę – powiedziała Magda, chcąc tym sposobem dodać sobie otuchy.

- Dobrze – uśmiechnął się Marcin i otworzył żonie drzwi samochodu. Sam wsiadł obok.

Nie mówili wiele, lecz gdy opuścili zabudowania wsi, Magda jakby odetchnęła z ulgą. Dodała gazu i włączyła światła. Wyjechali na główną szosę i wtedy stało się. Mimo oporu rąk Magdy, kierownica, najpierw lekko, później gwałtownie skręciła w lewo. Magda zdążyła jeszcze krzyknąć, gdy z na przeciwka pojawił się ni stąd ni zowąd TIR, jadący z dużą prędkością, niby nadjeżdżające z impetem pendolino.  Niewielkie auto Paprockich uderzyło prostopadle w czoło ciężkiego samochodu, który nie od razu zatrzymał się, lecz pchał przed sobą te zmasakrowane szczątki auta, a w nim zwłoki ludzkie, z triumfem, jak upolowaną zwierzynę.

Akcja ratunkowa nie trwała długo. Pogrzeb odbył się 23 czerwca w miejscowości Zakrzewo, dokąd przewiozła trumny dalsza rodzina zmarłych w wypadku Paprockich.

Mauzoleum natomiast stoi jak stało w zarośniętym parku, przy ponurym domostwie romantycznego dworu z ponurą i romantyczną  legendą o zaświatach i ich mieszkańcu.

IMG_5076 (4)-20150929-171656


Odpowiedz

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...