mitologiapolska

Relatywnie o patriotyzmie

przez , 16.mar.2016, w mitologiapolska

Relatywnie o patriotyzmie

Byłam patriotką w stanie wojennym. I wtedy ta postawa wymagała odwagi. Być patriotą dziś – to wstyd!

Plik-lustro

Zostaw komentarz więcej...

Zachował się jak trzeba…

przez , 05.mar.2016, w mitologiapolska

Zachował się jak trzeba…

Pewien młody człowiek, uczeń klasy wojskowej, który twierdził, że jest z powołania żołnierzem, wielbił wyklętych i nosił patriotyczne ubrania, mieszkał u mojej sąsiadki emerytki na stancji. Bez jej wiedzy dogrzewał sobie pokój farelką, gdyż jako twardziel z powołania lubił mieć w pokoju 25 stopni ciepła. Gdy przyszedł rachunek za prąd, biedna emerytka przeżegnała się, bo było to 800 złotych. Gdy mu to pokazała, wyklęty odwrócił się plecami i wyprowadził się, nie zapłaciwszy nawet za pokój 300 złotych, nie mówiąc już o pokryciu kosztów za zużyty przez niego prąd. Ot, prawdziwy wyklęty młody człowiek. Nic dodać nic ująć. Zachował się jak trzeba…

3b0e5776bca3

Zostaw komentarz więcej...

Refleksje po wykładzie na gorąco

przez , 25.lut.2016, w mitologiapolska

Refleksje po wykładzie na gorąco

 

Wiem, że  pisowcy dzielą świat na katolików i komunistów, ale choćby nie wiem jak pluli na ludzi, prawdy nie zaplują i świat mimo ich tęsknot do uproszczeń i jednoznaczności, wygląda całkiem inaczej, jest  o wiele bardziej złożony a przez to bardziej interesujący.

Dorota Kania to pisowski pies – gdy pan poszczuje: bierz go! Dorota szczeka, warczy a nawet gryzie. Ale psy zwykle nie przechodzą do historii z braku istotnego znaczenia.

Wykład księdza Jarosława Wąsowicza pt. „Etos Żołnierzy Wyklętych” nie był wykładem historycznym, a jedynie ideologicznym. Ksiądz wykładowca (zapewne nie jest historykiem z wykształcenia, podobnie jak Leszek Żebrowski) mylił się i przeinaczał fakty. Ale cóż się dziwić, że wybielał zbrodniarzy Łupaszkę i Ognia, mających krew dzieci na rękach, a nawet Brygadę Świętokrzyską, skoro z  agresywnego kibola  zrobił  prześladowanego i represjonowanego bohatera?  Kto z jego słuchaczy sprawdzi fakty historyczne? A nawet jeśli sprawdzi, że Łupaszka rozkazał zabić dwumiesięczne niemowlę, to i tak znajdzie usprawiedliwienie, że to nie było polskie dziecko, a zbrodniarz działał w stanie wyższej konieczności dziejowej. I znów przykazanie: „Nie zabijaj!” ma dla katolików jedynie instrumentalne znaczenie. Stosowane jest do wszystkich, tylko nie do nich samych. Ksiądz i w tym rzekł rzecz znaczącą, a mianowicie, że częścią etosu Żołnierzy Wyklętych była religijność katolicka utożsamiana z polskością.  Prawda i ten religijny etos ukazał się w całej pełni przy zbrodniach Burego, który, aby sprawdzić kto z jego jeńców jest Polakiem, a kto Białorusinem, kazał się przeżegnać. Ci, którzy robili to po katolicku zostali uwolnieni, ci natomiast, którzy żegnali się na sposób prawosławny zostali zamordowani obuchem od siekiery, gdyż oszczędzano amunicji.

Polska pisowska potrzebuje nieskalanych bohaterów i kłamstw narodowych, jak komuna, która także w imię ideologii zakłamywała prawdę historyczną. Różnica jest niewielka. Nacjonalizm jak komunizm – zabija!

Fot. Łupaszka (w środku) w otoczeniu kolegów z oddziału

z14516729Q,--Lupaszka---i-jego-zolnierze-sfotografowani-w-194

2 komentarze więcej...

Lilia świętego Jana Nepomucena

przez , 31.sty.2016, w mitologiapolska

Lilia świętego Jana Nepomucena

A zaczęło się od oburzenia… Publikacja Zofii Latanowicz „Zarys Historii Luchowa” wywołała kontrowersje, wątpliwości, a nawet sprzeciwy. Stwierdzono wprost, że zawiera ona nieścisłości historyczne i nieprawdopodobne hipotezy. Niektóre tezy zawarte w publikacji o Luchowie zbijał punkt po punkcie emerytowany nauczyciel historii i geografii Krzysztof Poznań. Przytoczymy tu te polemiczne twierdzenia pana Poznania, które dotyczyły kościoła, cmentarza i kapliczki. Nieprawdą jest, jak twierdzi Krzysztof Poznań, że przy likwidacji cmentarza szczątki ludzkie zakopano w miejscu, gdzie stanęła później kapliczka. Nieprawdą jest również, że usypano w tym miejscu kopiec i na nim postawiono kapliczkę. Historyk pokazał mi miejsce na cmentarzu parafialnym, gdzie pochowano szczątki ludzkie z cmentarza luchowskiego.

IMG_3286-20160131-082323

Ale może od początku. W miejscu, gdzie stoi kapliczka wznosiło się wzgórze morenowe (najwyższe w Luchowie) o wysokości 106,3 m.n.p.m., na którym wzniesiono kościółek drewniany, być może już w II połowie XIV wieku. Kościółek, jak sądzą mieszkańcy Luchowa był pod wezwaniem bardzo popularnego wówczas świętego Jana Nepomucena. Potwierdzeniem tej tezy mogłaby być kapliczka, postawiona w miejscu zniszczonego kościoła, w której znajduje się rzeźba tego świętego. Podobną drogę przeszedł kościół św. Anny w Łobżenicy usytuowany także na wzgórzu (św. Anny), także otoczony cmentarzem, po likwidacji którego postawiono w miejscu gdzie stał figurę św. Anny. Po nitce do kłębka – temu rozumowaniu logiki nie sposób odmówić. Nauczyciel historii twierdzi ponadto, że w średniowieczu wiele kościołów budowano na wzgórzach, a nie jak twierdzi autorka publikacji o Luchowie, w zapadłych dolinach. Wg Zofii Latanowicz kościółek miał się znajdować w miejscu, gdzie dziś rozlewa się niewielkie jezioro Popówek. Mają o tym świadczyć pale wystające przy brzegu ponad lustro wody. O jeszcze innym usytuowaniu kościoła wspomina pan Antoni Kotarak. Według niego miejsce to wyznaczają szczątki fundamentów ze śladami okopcenia, znajdujące się nad Popówkiem. Między panami Krzysztofem Poznaniem, a Antonim Kotarakiem wywiązała się ciekawa dyskusja, która zakończyła się pod kapliczką św. Jana Nepomucena, gdyż w sprawie historii tej kapliczki obaj panowie zdanie mieli wspólne.

IMG_3287-20160131-082337

A więc jak wynika z tradycji katolickich cmentarze w dawnych wiekach sytuowano wokół kościoła i tam chowano zmarłych. Dokładnie nie wiadomo kiedy runął kościół. Być może było to dwa wieki temu. Mieszkańcy Luchowa opowiadają legendę jakoby miał utonąć w jeziorze, które swą nazwę Popówek wzięło od słowa pop, czyli po staropolsku ksiądz. W każdej legendzie może znajdować się ziarno prawdy historycznej – twierdzi Krzysztof Poznań. Dlatego nie wyklucza, że jakieś elementy tej budowli mogły się ze wzgórza zsunąć do jeziora.
Piach ze wzgórza zaczęli wywozić Niemcy podczas okupacji do powstającego ośrodka wypoczynkowego KDF „Kraft Durch Freude” czyli po polsku „siła przez radość”, przeznaczonego tylko dla Niemców . Resztę wywiozły władze już po wojnie na budowę drogi. Wzmiankę więc o tym, że lotnicy angielscy uwięzieni w Górce Klasztornej, znajdowali w wywożonym na tzw. Berlinki piachu szczątki ludzkie (czaszki i piszczele) uznać należy za legendę. Natomiast po środku wzgórza twierdzą zgodnie panowie Poznań i Kotarak odkryto dół w kształcie kwadratu, w którym znaleziono szczątki ludzkie i zwierzęce (końskie?). Historyk wysnuwa hipotezę, że mogła być to krypta w posadzce kościoła, w której pochowano być może któregoś z właścicieli Luchowa. Dwór stał po drugiej stronie drogi, mniej więcej w miejscu, gdzie dziś stoi budynek szkoły, który także przed spaleniem go przez Rosjan był dworkiem. I to było centrum Luchowa: wzniesienie z kościołem i cmentarzem, zapewne także z plebanią w pobliżu, oraz dworem, kuźnią i lazaretem.
Po likwidacji resztek kościoła i cmentarza na wzniesieniu – wtedy jeszcze wysokim – pobudowano kapliczkę z czerwonej cegły, a w niej umieszczono rzeźbę świętego Jana Nepomucena, kapłana i męczennika, patrona dobrej spowiedzi. W ręku święty dzierżył białą lilię, lub palmę męczeńską – atrybut świętego. Kiedy to się stało naprawdę nie wiadomo. Być może na początku XIX wieku. Mieszkańcy Luchowa twierdzą, że kapliczka strzeże ich przed złem od niepamiętnych czasów.
Był rok 1941. Pod kapliczkę przyjechało autem terenowym dwóch Niemców, którzy podłożyli pod nią ładunek wybuchowy i po podpaleniu lontu, uciekli. Wybuch nastąpił, gdy auto było już w drodze powrotnej. Całą akcję widziała przez okno swego domu, stojącego w pobliżu, rodzina państwa Kotaraków. Wybuch wstrząsnął wzgórzem, a powietrze zadrżało od unoszącego się pyłu i ceglanych resztek budowli. Powstało niewielkie gruzowisko, na którym mieszkańcy Luchowa znaleźli figurę świętego Jana Nepomucena niemal nienaruszoną. Brakowało tylko dłoni, w której święty trzymał swój atrybut – palmę męczeńską. Figurę zabrał i przechowywał pieczołowicie przez cały okres okupacji, aż do wyzwolenia pan Wieczorek.
Kapliczkę odbudowano po wojnie w 1946, w kształcie podobnym do zniszczonej. Wewnątrz ustawiono ocalałą figurkę świętego Jana Nepomucena, ale już bez białej lilii, której nie udało się odnaleźć. I tak jest chyba dobrze. Święty świadczy o tym, że podczas kataklizmu wojennego ginęli nie tylko ludzie, ale cierpieli także święci, dzieląc los ludzi, z którymi ten los i wiara ojców powiązał ich na dobre i na złe.
Szkoda tylko, że święci nie umieją mówić. Albo chociaż szeptać… Przystawilibyśmy ucho do figury i posłuchali jak mówią do nas wieki, jakże często okryte zwiewną pajęczyną tajemnicy…

skanowanie0004-20160131-082438

Opis zdjęć
1. Krzysztof Poznań rekonstruuje wydarzenia związane z likwidacją cmentarza w Luchowie
2. Panowie Krzysztof Poznań i Antoni Kotarak dyskutują o historii Luchowa
3. Rekonstrukcja pamięciowa przedwojennej kapliczki w Luchowie autorstwa Zofii Latanowicz

Zostaw komentarz więcej...

Miasteczko Krajeńskie

przez , 06.lis.2015, w mitologiapolska

Miasteczko Krajeńskie

 

Miasteczko Krajeńskie to malownicza duża wieś o miejskiej zabudowie, która swą nazwę zawdzięcza temu, że kiedyś naprawdę miała prawa miejskie. Mogłaby je mieć i dzisiaj, ale podobno nie opłaca się rolnikom. Miasteczko składa się z urokliwych zakątków, zwartej miejskiej zabudowy, kilku wartościowych zabytków, będących pod pieczą ministerstwa kultury i barwnego muralu, wyobrażającego wóz Drzymały ciągnięty przez okazałego byka. Na wzgórzu spiczasty kościół, wypięty na baczność, jak ogromny ołowiany żołnierz, z twarzą w kolorowym witrażu, niczym masce przeciwgazowej. Wysokie strome schody prowadzą ku otwartym odrzwiom ,  jak do jaskini, ku ciemnemu wnętrzu o zapachu kadzidła i płynu przeciw kornikom. Dostojny dźwięk organów już od progu zawodzi łzawo i sentymentalnie, jakby nagle papierowi święci wyszli z obrazów i słodko, a melancholijnie, w świętym, obrazkowym zachwyceniu, tandetnie i na pokaz, ruszyli z procesją ku głównemu ołtarzowi. Ręce złożone u świętych i u pielgrzymów. Modlitwa nieprawdziwa, bez ducha, odklepana byle jak, z pozoru tylko uważna i posiadająca głębię. Wychodzę czym prędzej z mrocznej nawy ku ścieżce zdążającej na cmentarz. W dole  wśród drzew kolorowe budynki, wyznaczające niewidoczne ze wzgórza ulice i place. Ścieżka jest kręta i wąska, a cmentarz okazały i nowoczesny, choć nie brak wśród pomników leciwych zabytków, wyróżniających się urodą i statusem wyjątkowości.  Grób Michała Drzymały zatrzymuje nas, przejętych żywą legendą postaci polskiego chłopa, który nie chciał poddać się obcej władzy. Jak Wanda, która nie chciała Niemca. Te legendy, polskie, ta mitologia, choć bierze się z prawdy historycznej, nabiera znaczenia mitu, gdyż drąży swoim jestestwem sacrum narodowe, odciska się w pamięci i łamie lekkomyślne serca obowiązkiem bogoojczyźnianym, Norwidowym,  tanio romantycznym. Obok pomnika Drzymały, grób rodziny Sybiraków, których szczątki pozostały tam, gdzieś na Uralu, czy dalej, gdyż nie dane im było dotrzeć do ojczyzny – zmarłym  z zimna i głodu kobietom, ocalały na krótko mąż i ojciec pomnik ten wystawił. Tragedia,  znów polska tragedia i znów zobowiązująca i tym zobowiązaniem rozrywająca zdrowe, szczęśliwe  myśli tych, którym nie dane było umrzeć za ojczyznę.

IMG_7656-20151106-172659

Zostaw komentarz więcej...

Zemsta

przez , 29.wrz.2015, w mitologiapolska

Zemsta

 

Kiedy Konstanty  Czajczyński umierał, nie było przy nim nikogo. A było to 27 listopada 1855 roku. W Europie szalała epidemia cholery i ludzie pełni strachu unikali się wzajemnie, podejrzewając jeden drugiego o roznoszenie zarazy. Zarazę widziano wszędzie, w każdym przechodniu na ulicy, w każdym domowniku i w każdym sprzęcie używanym przez  inną osobę. Przestano podawać sobie ręce na powitanie, a o pocałunkach powitalnych czy pożegnalnych zapomniano już dawno. Tak było także w Czajczu, wsi rodowej hrabiów Czajczyńskich herbu Leliwa.  Pół roku wcześniej zmarła na cholerę matka hrabiego, hrabina Czajczyńska de domo Chrostowska herbu Lubicz. Hrabia był samotnikiem, ludzi unikał, okna zasłaniał czarnymi storami i nigdy nie widziano go w kościele. Dlatego różne pogłoski o nim chodziły wśród ludzi, że hrabia jest masonem, że duszę zaprzedał diabłu i stąd zło w nim tylko mieszka. Tymczasem hrabia samotnie przechadzając się po ogrodzie ze swym ukochanym wyżłem Hektorem, oddawał się niezdrowym dla umysłu rozmyślaniom i filozofii oraz wiersze namiętnie czytał,   Fausta Goethego na pamięć znał,  Lorda Byrona poematy recytował, rozkoszując się ich pięknem i duszę samotną kojąc mrocznymi ich strofami. Ostatnio zakupił tomy filozofii francuskiej w tym „Myśli” Blaise’a Pascala, z którymi nie rozstawał się nawet podczas snu. Ponurość osobowości hrabiego, jego skłonności samotnicze i chorobliwą wyobraźnię wyrażała architektura dworu, w którym mieszkał. Budowla to była także ponura z surowej cegły, z ogromnymi, kutymi, dębowymi drzwiami, nad którymi herb Leliwa wyobrażony, dawał smutne pojęcie o gospodarzu. Hrabia Konstanty miał dopiero 28 lat i wcale przystojną postać, niemniej za kobietami ani się nie uganiał, ani ich do swego domostwa nie zapraszał. Umarł tak jak żył. Samotnie i bez rozgłosu. Gdy go znaleziono (wyważono drzwi, gdyż słyszano nieustające wycie Hektora, który wychudzony przy swoim panu warował), hrabia nie żył co najmniej od kilku dni, bo domostwo jego cuchnęło niesamowitym trupim zapachem. Przyczyną śmierci nie była cholera. Hrabia miał podcięte żyły, a łóżko, w którym leżał jedną było wielką krwawą plamą, jak na pobojowisku. Na stole leżał papier podpisany ręką hrabiego niczym cyrograf, w którym polecał pochować się wraz z Hektorem (prosił o zastrzelenie psa) w niewielkim mauzoleum, które sobie postawił w ogrodzie. Mauzoleum to zbudowane było także z czerwonej cegły z oknami w witrażach, a wewnątrz marmurami wyłożone były parapety i podłoga. Sarkofag z granitu stał po środku sześciokątnego wnętrza, którego dach przykryty był blachą miedzianą, jeszcze dość świeżą i niezaśniedziałą.

Bojąc się hrabiego nawet po śmierci, spełniono jego testament co do joty, a potem starano się zapomnieć czym prędzej, więc opustoszałe domostwo zasnuwało się powoli pajęczynami, kurzem i brudem. Największy strach w ludziach wywierała ogromna biblioteka z tomami oprawionymi w skórę, marmurowym kominkiem i ogromnym kandelabrem u sufitu, którą otwarto tylko raz w dniu pogrzebu hrabiego, by  znaleźć jakieś adresy przyjaciół czy dalszej rodziny. Chciano ich powiadomić o śmierci i dziedziczeniu majątku. Nie znaleziono niczego, więc drzwi dworu zamknięto wielkim kluczem, przeżegnano się na wszelki wypadek i nikt więcej o tej historii nie wspominał.

Był rok 1973. Trwało słoneczne i ciepłe październikowe babie lato. Złotolistna jesień szumiała ostatnim drgnieniem życia przed nadchodzącą w zawrotnym tempie listopadową ulewą – niby zawodzenie płaczek nad trumną narodowego bohatera, stawał się oczekiwany listopad metafizyczną pauzą przed nadejściem kamiennej i wiekuistej zimy. A tymczasem w biurze dyrektora  Państwowego Gospodarstwie Rolnego w Czajczu, które utworzono na włościach hrabiów Czajczyńskich herbu Leliwa, rozdzwoniły się oba telefony stojące na zabałaganionym biurku. (Dyrekcja i biura mieściły się we dworze, którego ponurego wyglądu wcale nie postarano się zmienić. Wymieniono jedynie okna, zostawiając ich romantyczny styl, z czego dyrektor, Mateusz  Kozak bardzo był dumny). Teraz odebrawszy oba telefony jednocześnie, nakrzyczał do jednego z nich, żeby chwilę poczekać, a do drugiego krzyknął bez ceremonii:

- Co tam znowu?

- Panie dyrektorze, jutro zgodnie z umową przywozimy młodzież na wykopki. Rano o ósmej już będziemy w Czajczu.

- Skąd dzwonisz, koleżanko? Bo my umawialiśmy się z kilkoma szkołami.

- Liceum Ogólnokształcące w Łobżenicy. Mówi sekretarka Aldona  Musiał.

- A tak. Was traktuję priorytetowo, jako że moja córka uczy się u was. Dla jej klasy dołożymy dodatkowo po czekoladzie dla każdego ucznia. W takim razie jutro o siódmej podstawiamy autobus. I żeby mi nie było spóźniania. Bardzo na was liczymy!

Sekretarka chciała cos jeszcze dodać, ale w gorącej wodzie kąpany dyrektor Kozak już rozmawiał przez drugi telefon, krzycząc i wywijając ręką, w której tkwiła nierozłączona słuchawka.

Nazajutrz młodzież z Łobżenicy zebrawszy pole ziemniaków, zasiadła do posiłku. Paczka chłopaków: Krzysiek Zatorski, Rafał Tkacz, Józek Pieścikowski i Heniek Raźny, a także ich koleżanka Magda Wagner dostrzegli, że w pobliskim parku dworskim, który stał teraz niewiarygodnie zarośnięty bluszczami, powojami, ostem i pokrzywami, można znaleźć coś ciekawego. Cała piątka pobiegła więc tam i ku swojej uciesze znalazła sześciokątne mauzoleum, do  którego wśród morza chwastów, trudno było dotrzeć. Krzysiek, chłopak o cechach przywódczych i niezły sportowiec dotarł tam pierwszy. Magda na końcu, ale widząc kolegów otwierających drzwi wiszące na jednym tylko zawiasie, zapragnęła także zobaczyć co jest w środku. A widok był opłakany. Pobite witraże, które mimo poważnych uszkodzeń zdradzały i to, że były niegdyś niepośledniej urody, wyrwane z parapetów i podłogi marmury, oraz sarkofag także odarty z wszelkich ozdób, a w brudzie i kurzu ledwo czytelne epitafium zdradzało kto był tam pochowany.

- Hrabia Konstanty  Czajczyński herbu Leliwa.  1827-1855 – odczytała nie bez tremy Magda.

Krzysiek pchnął i wtedy okazało się, że wieko sarkofagu dość lekko odsuwa się w bok, więc przy pomocy kolegów odsunął je na tyle, że ich oczom ukazał się szkielet zupełnie podobny do kawałka suchego konaru. Chłopcy nie dowierzali, że tak może wyglądać szkielet, ale tajemnicę zdradziły kawałki zupełnie zmurszałej złotej tkaniny, w którą ubrano nieboszczyka. Któryś z chłopaków bezceremonialnie porwał domniemany konar i wywlókł go z trumny. Magda jednak sprzeciwiła się kategorycznie profanacji i chłopaki włożyli szkielet z powrotem, a sarkofag zamknięto. Kiedy cała piątka wróciła na miejsce zbiórki, wszyscy siedzieli już w autokarze. Czekano tylko na powrót  kolegów. Autobus ruszył i wtedy rozsnuł się w nim niesamowity trupi odór, który zszokował jadących. Tajemnicy skąd on się wziął paczka kolegów nie wydała. Otwarto okna i nieprzyjemny zapach rozwiał się niczym senny koszmar.

Autobus jechał szybko, a kierowca któremu spieszyło się do domu dodawał gazu, gdy tylko prosta jak stół droga pozwalała na taki manewr. W pewnym momencie zauważył jadący z naprzeciwka z prędkością na pewno ponad stu kilometrów na godzinę samochód osobowy. Wtedy z kierownicą stało się coś dziwnego. Chociaż doświadczony kierowca usiłował utrzymać kurs, autobus wciąż uparcie skręcał w lewo wprost na nadjeżdżające z naprzeciwka auto. Na czoło kierowcy wystąpiły krople potu. Gwałtownie szarpnął kierownicę w prawo i wtedy stało się. Samochód osobowy przejechał bezpiecznie, lecz autobus z czterdzieściorgiem uczniów z całym rozpędem i niebywałą siłą uderzył w drzewo i stanął w płomieniach. Zanim przyjechały służby, pojazd spłonął doszczętnie wraz z uczniami i personelem pedagogicznym.  Uratowała się jedynie Magda Wagner, którą pierwszy impet wyrzucił przez przednią szybę na zewnątrz. Z lekkimi obrażeniami zabrano ją do szpitala.

W 2012 roku, w czerwcu państwo Magda i Marcin Paproccy przejeżdżali przez Czajcze.

- Muszę zobaczyć to mauzoleum – powiedziała Magda do męża, któremu opowiedziała historię swego ocalenia z wypadku w 1973 roku.

- Też chętnie to zobaczę – odpowiedział Marcin  i zatrzymał wóz tuż przy stojącym przy szosie ponurym dworze, który znów stał pusty, strasząc wyglądem i niesamowitą historią.

Park znów był zarośnięty, lecz przejść tym razem było łatwiej. Widać, że od czasu do czasu ktoś wykasza zielsko i chwasty, choćby tylko z poczucia przyzwoitości. Para dotarła do niewielkiej sześciokątnej budowli. Magda obeszła ją wokół i zauważyła, że w oknach, gdzie niegdyś wybito witraże, znajdują się szyby, a drzwi są zamknięte na kłódkę. Marcin na schodach wspiął się na palce, by przez szybkę nad drzwiami zobaczyć co jest w środku.

- Sarkofag stoi po środku zamknięty – powiedział

- Chodźmy już – odpowiedziała Magda, którą ogarnął nagle niepokój, nie wiedzieć dlaczego.

Tymczasem  słońce zachodziło, cynobrem i purpurą malując niebo, na wschodzie coraz bardziej granatowe i ciemne. Niezwykła aura, niesamowitość chwili i zupełna samotność pary pośród zabudowań wsi, odebrała im mowę. Po Magdzie widać było, że się zwyczajnie boi, że może jakieś mroczne przeczucie szepcze jej do ucha, że lepiej może stąd odjechać i nigdy tu więcej nie wracać. Dotarli do swego auta w milczeniu, gdyż Magda wstydziła przyznać się, że się boi. Przez całe swoje życie uchodziła za kobietę odważną, której byle trwoga, byle strach nie złamie. Marcin otworzył drzwi auta.

- Ja poprowadzę – powiedziała Magda, chcąc tym sposobem dodać sobie otuchy.

- Dobrze – uśmiechnął się Marcin i otworzył żonie drzwi samochodu. Sam wsiadł obok.

Nie mówili wiele, lecz gdy opuścili zabudowania wsi, Magda jakby odetchnęła z ulgą. Dodała gazu i włączyła światła. Wyjechali na główną szosę i wtedy stało się. Mimo oporu rąk Magdy, kierownica, najpierw lekko, później gwałtownie skręciła w lewo. Magda zdążyła jeszcze krzyknąć, gdy z na przeciwka pojawił się ni stąd ni zowąd TIR, jadący z dużą prędkością, niby nadjeżdżające z impetem pendolino.  Niewielkie auto Paprockich uderzyło prostopadle w czoło ciężkiego samochodu, który nie od razu zatrzymał się, lecz pchał przed sobą te zmasakrowane szczątki auta, a w nim zwłoki ludzkie, z triumfem, jak upolowaną zwierzynę.

Akcja ratunkowa nie trwała długo. Pogrzeb odbył się 23 czerwca w miejscowości Zakrzewo, dokąd przewiozła trumny dalsza rodzina zmarłych w wypadku Paprockich.

Mauzoleum natomiast stoi jak stało w zarośniętym parku, przy ponurym domostwie romantycznego dworu z ponurą i romantyczną  legendą o zaświatach i ich mieszkańcu.

IMG_5076 (4)-20150929-171656

Zostaw komentarz więcej...

Wersk

przez , 28.wrz.2015, w mitologiapolska

Wersk

Wersk jest miniaturowy i zagubiony. Jakby był wsią bajeczną i jakby trochę nie z tego świata. Dojeżdża się tam wprawdzie asfaltem, ale już odnogi tej drożyny to piaszczyste i kamieniste ścieżki, które prowadzą donikąd. Na rozstaju krzyż, jak drogowskaz lub latarnia, wskazujący, że niektóre drogi mogą zagubić i zmylić nieostrożnego turystę. Zabudowania, pośród których znaleźć można drewniane zabytki, chałupy sprzed dwustu lat, jak i nowoczesne, bogate wille, rozłożone są wokół drogi wiodącej przez pachnący żywicą las, wzdłuż malowniczego jeziora o zielonkawej wodzie z jednej strony i niekończącymi się połaciami pól uprawnych z drugiej. Jak tu cudnie pachnie rzepak, wyżółcony spośród wszechogarniającej zieleni plamą jaskrawą jak powidok. W centrum wsi stoi remiza strażacka, a przy niej wydłubany w lipowym drewnie, pomalowany pstrokato jak kogut, tandetny święty Florian, który strzeże zabudowań przed żywiołami. Wewnątrz lasu, a na skraju wsi – jezioro, wabiące słońce niepokojącą głębią i pełnymi tajemnic, niedostępnymi brzegami. Na mostku stoi piękna dziewczyna, wpatrując się w powalony ogromny konar drzewa na falach. W jej ruchach widać niecierpliwość, a twarz brzeginki zdradza niepokój ogromny i obawę zarazem. Czeka. Czeka na kochanka, którego podejrzewa o zdradę i którego niczym świtezianka pragnie utopić w głębi swego serca, jak w zaczarowanym jeziorze. Czy przyjdzie w umówione miejsce? Czy może już odjechał na swoim harleyu, odziany w modną skórę i machający na pożegnanie chorągiewką przyczepioną do bagażnika?

Joanna Maj - Brzegina-20150928-144737

Zostaw komentarz więcej...

Święta Anna – patronka Łobżenicy

przez , 04.wrz.2015, w mitologiapolska

Święta Anna – patronka Łobżenicy

Święta Anna zwana też Anną Sprawiedliwą jest świętą kościołów katolickiego (czczona od X wieku) i prawosławnego (na Wschodzie czczona od zarania chrześcijaństwa). Księgi kanoniczne Nowego Testamentu milczą na temat tej postaci. Natomiast można o niej przeczytać w pismach apokryficznych: Protoewangelii Jakuba i Ewangelii Pseudo-Mateusza. Księgi te oparte są na mitach i legendach, które zakorzenione w tradycji chrześcijańskiej stały się źródłem licznych opowieści hagiograficznych i żywotów świętych. Głównym ich motywem jest często występująca w legendarnych żywotach wielkich ludzi, bezdzietność ich rodziców i związane z tym przeżywanie hańby i upokorzenia, a następnie wysłuchanie przez Boga błagań małżonków o cudowną interwencję w narodzeniu potomstwa. Tak też było w przypadku świętej Anny i świętego Joachima, rodziców Marii i dziadków Jezusa.
Kult świętej Anny istniał w Łobżenicy od dawna. Świadczy o tym fakt, że na Wzgórzu Świętej Anny stał niewielki kościół szachulcowy pod wezwaniem jej imienia. W XVI wieku zbudowali go ewangelicy, a później stanowił własność łobżenickich Braci Czeskich. Gdy im go zabrano, oddano w ręce katolików i był kościołem filialnym. Wtedy nadano mu imię św. Anny. Rozebrany został w XIX wieku, a wyposażenie kościółka przeniesiono do fary. Według tradycji obraz świętej Anny nauczającej Marię, a znajdujący się w bocznej nawie kościoła św. Trójcy, pochodzi właśnie z kościoła św. Anny. Tradycja podaje także nazwisko malarza, który ten piękny obraz wykonał. Był nim proboszcz łobżenicku ksiądz Kazimierz Auszpurger (1662-1675), który wsławił się ponadto aktami nietolerancji wobec innowierców. Na obrazie występują inicjały CAPL (Casimirus Auszpurger Porochus Lobsinensis).
Wspomnienie świętej Anny przypada na dzień 26 sierpnia. Od marca ub.r. święta Anna jest patronką naszego miasta. Obraz, który przedstawiamy poniżej jest po renowacji.

sw. anna-20150904-121041

Zostaw komentarz więcej...

Wampir z internatu

przez , 14.sie.2015, w mitologiapolska

Wampir z internatu

(Reklama)

 

Początek tej historii sięga roku 1971. W łobżenickim ogólniaku pracował wtedy jako nauczyciel języka niemieckiego magister Antoni Rogalski, który właśnie przekroczył trzydziestkę, ale był samotny i mieszkał wraz z uczniami w internacie szkoły, zajmując mieszkanie dwupokojowe przeznaczone dla pedagogów. Jedną z jego uczennic  w pierwszej klasie była czternastoletnia Karolina Budnik, dziewczyna nieprzeciętnej urody i intelektu. Szczególny dar języków sprawiał, że opanowywała obcą mowę niezwykle szybko, nie robiąc przy tym błędów, będących zmorą koleżanek i kolegów. Karolina bardzo wpadła w oko młodemu nauczycielowi, którego podziw dla urody i talentów dziewczyny przerodził się z czasem w namiętność romantyczną bez mała, bo z uwagi na młodociany wiek dziewczyny miała w sobie wiele z zakazanego owocu, co jeszcze bardziej go podniecało. Aby nawiązać bliższy kontakt z przedmiotem swoich uczuć, Antoni zapraszał do swego mieszkania kilkoro zdolniejszych uczniów, w tym Karolinę pod pretekstem zgłębiania wiedzy językowej. Uczniowie ci przychodzili chętnie, także i dlatego, że czuli się wyróżnieni i w dużym stopniu dowartościowani.  Istotnie studiowano rozmówki niemieckie, tworzono dialogi, a konwersacja oscylowała wokół coraz to trudniejszych zagadnień językowych. Rogalskiego określano w tym gronie jako klawego faceta i boskiego nauczyciela. Urokowi Antoniego, który był mężczyzną przystojnym i wysportowanym uległa też Karolina. Nie do końca zdając sobie sprawę ze swoich uczuć, podkochiwała się w nauczycielu niewinnie, dziewczęco i gorąco. Adresat tych uczuć odkrył je bez trudu, nie bez satysfakcji i planów złowienia dziewczyny. Coraz częściej prosił ją o pozostanie, gdy reszta uczniów wychodziła już do domów i zatrzymywał ją pod byle pretekstem. Wreszcie wyznał jej miłość szaloną, której dziewczyna uległa, biorąc swoje niewinne zakochanie za równie namiętne uczucie. Na żale było za późno, oboje więc brnęli w tę miłość, snując niejasne plany na przyszłość ni to małżeńskie, ni to rodzinne. Dziewczyna wierzyła we wszystko, co jej zakochany nauczyciel obiecywał i ufając mu bezgranicznie, ulegała jego miłosnym  pożądaniom. Jej miłość do Antoniego Rogalskiego także dojrzewała, doroślała i stawała się coraz bardziej poważną.

Sprawa wyszła na jaw pół roku później, gdy jeden z pijanych maturzystów nakrył zakochanych w łóżku,  wtargnąwszy przez okno do pokoju germanisty. Zszokowanie opinii publicznej, rozpacz rodziców Karoliny i oburzenie ciała pedagogicznego było przeogromne. Dziewczynę zamknięto w pokoju na pierwszym piętrze w mieszkaniu jej rodziców, nie pozwalając nigdzie wychodzić i karmiąc suchym chlebem i wodą. Antoniego Rogalskiego na razie zostawiono w spokoju, a zastanawianie się nad tym co z nim teraz zrobić, przekraczało granice zdrowego rozsądku. Jedni mówili, że on nie jest winien, bo dziwka sama weszła mu do łóżka. Inni twierdzili, że winna jest dyrektorka szkoły, gdyż pozwalała na schadzki w mieszkaniu Rogalskiego. Jeszcze inni proponowali egzorcyzmy u niejakiego Pawła Konarskiego księdza z pobliskiej Górki Klasztornej. Na kim miałyby być odprawione te egzorcyzmy, nie określono. Minęły dwa tygodnie i w sprawę wmieszała się milicja, której ktoś doniósł o możliwości popełnienia przestępstwa. Antoni Rogalski dostał wezwanie na komendę MO. Jeszcze tej samej nocy zakradł się pod okno ukochanej i namówił, by zeskoczyła. Karolina bez chwili namysłu skacząc, znalazła się w ramionach Antoniego. Wsiedli na elegancki skuter  i wyruszyli w stronę lasu, nad Jezioro Długie.  Tam Antoni Rogalski wyjaśnił ukochanej, że grozi mu kilka lat więzienia, jako że ona, Karolina nie ma jeszcze piętnastu lat, w związku z czym może być oskarżony o pedofilię.

- Więzienia się nie boję – szeptał namiętnie Antoni – Nie mógłbym tylko znieść rozłąki z tobą, a sama myśl, ze mogłabyś pokochać innego, doprowadza mnie do obłędu. Myśl, że ktoś inny miałby ciebie kochać i tulić co nocy w ramionach, czyni mnie szalonym i niepoczytalnym – dodał gwałtownie – Dlatego postanowiłem, że dziś, zaraz, tutaj nad jeziorem popełnimy samobójstwo. Czy jesteś gotowa poświęcić dla mnie życie? – zapytał

Dziewczyna nie od razu odpowiedziała. Zapatrzyła się w granatową taflę Jeziora Długiego, w której odbijał się anemiczny tej nocy księżyc, igrając z niewielkim obłokiem, który nocą wydawał się zupełnie czarny.

- Jak mamy się zabić? – zapytała Karolina

- Mam sztucer myśliwski. Najpierw zastrzelę ciebie, a zaraz potem dam sobie kulkę w samo serce – odpowiedział z cicha.

- Dobrze. Zrób to, ale prędko – powiedziała lękliwie

Antoni mocno przytulił ją do siebie. Głaskał po włosach i delikatnie muskał je wargami. Drugą ręką sięgnął po sztucer i odwrócił lufą w kierunku pleców Karoliny, właśnie tam, gdzie spodziewał się znaleźć serce.  Padł strzał. A za chwilę drugi. Anemiczny księżyc schował się ze strachu za czarny obłok, który nadpłynął w samą porę.

Minęło kilka lat i o wypadku zapomniano, gdy nagle gruchnęła wieść po Łobżenicy, że w internacie straszy. Ktoś słyszy  kroki po skrzypiących schodach, w innych pokojach ni stąd, ni zowąd otwiera się okno z trzaskiem i do pokoju ze świstem wpada szalony wiatr tworząc przeciąg, jak w czasie burzy. Inni słyszeli ciężkie dźwięki łańcucha spadającego nagle na posadzkę korytarza. Opowieści tych słuchano tyleż chętnie, co lekceważąco. Tylko niektórzy kojarzyli je z samobójstwem zakochanej pary w 1971 roku. Inni pukali się w czoło lub śmieli się w duchu z mających bujną wyobraźnię mieszkańców internatu.  I tak nadszedł rok 1981. W  kwietniu znaleziono w jednym z pokojów internatu martwego ucznia trzeciej klasy liceum, niejakiego Adama Brożka.  Milicja bardzo szybko zbadała sprawę. Okazało się, że chłopak miał na szyi sine ślady jak po uduszeniu, natomiast żadnych szczegółów mogących naprowadzić na ślad mordercy nie znaleziono. Sprawę nazwano zbrodnią w „białych rękawiczkach” i nie nagłośnioną medialnie, wkrótce zapomniano. Ludzie byli wtedy zajęci innymi sprawami i tylko niektórzy co bardziej skłonni ulegać nastrojom, podejrzewali mord polityczny. Niemniej przyczyn tego zabójstwa nikt, milicji nie wyłączając, nie umiał wskazać. Sprawca zatem i motyw zbrodni pozostał nieznany.

Kolejne zabójstwo wydarzyło się w dziesięć lat później w 1991 roku w październiku.  Rankiem znaleziono ciało ucznia drugiej klasy Fabiana Niewiadomskiego, leżącego na wznak na podwórzu internatu. Policja natychmiast wykluczyła możliwość popełnienia samobójstwa ze względu na to, że nietypowa pozycja leżącego wskazywała na wypchnięcie go z okna drugiego piętra. Wybita szyba potwierdzała domysły funkcjonariuszy. Ktoś chcący popełnić samobójstwo raczej otworzyłby okno i wyskoczyłby twarzą na zewnątrz, a nie odwrotnie. Niestety poza domysłami znów nie znaleziono żadnych śladów wskazujących mordercę. Kolejna zbrodnia w „białych rękawiczkach” znów wstrząsnęła opinią publiczną, lecz na ogół nie kojarzono jej wprost ze zbrodnią poprzednią. Poszlaki wskazywały raczej na zbieg okoliczności, a podobieństwa na przypadek. O samobójstwie zakochanej pary nie pamiętał już nikt.

W roku 2001, gdy we własnym łóżku w jednym z pokojów internatu znaleziono ciało ucznia klasy maturalnej, Bogusława  Dymka z poderżniętym gardłem i kałużą krwi wokół, dyrekcja szkoły postanowiła zlikwidować internat. Pomysł był o tyle dobry, że coraz mniej uczniów w nim zamieszkiwało. Powstały w okolicy konkurencyjne szkoły średnie, liczba uczniów łobżenickiego liceum ulegała więc stałemu obniżaniu. Szkoła broniła się wprowadzając atrakcyjne przedmioty i profile klas. Ostatnia zbrodnia w internacie przeważyła szalę na rzecz jego likwidacji. Policja znów nie znalazła śladów, które pozwalałyby się chociaż domyślić motywu zbrodni. O wykryciu sprawcy nikt nie marzył.  Sprawę zamknięto, a internat wystawiono na licytację. Kupiec znalazł się dopiero dziesięć lat później. W lipcu 2011 roku jeden z komercyjnych banków chciał w Łobżenicy założyć filię. Były internat był budynkiem znakomicie się do tego nadającym, po generalnym remoncie i wyposażeniu w odpowiednie sprzęty, rzecz jasna. Na oględziny budynku przyjechało trzech poważnych facetów – przedstawicieli banku. Najważniejszy z nich nazywał się Jarosław Napieralski. Budynek obejrzano. Postanowienie o przystąpieniu do przetargu podjęto.  Podano sobie ręce z burmistrzem i innymi przedstawicielami urzędu. Na koniec Jarosław Napieralski chciał skorzystać z toalety, oddalił się więc, a pozostali wyszli na zewnątrz budynku, zapalając papierosy i gawędząc z cicha. Czekano długo, a Napieralski nie wracał. Jak przystało na gentelmanów, nie komentowano długiego pobytu szefa w toalecie. Po pół godzinie ktoś zdecydował się pójść do środka. Zapukał do drzwi toalety, ale bez odpowiedzi.  Wrócił i oznajmił oczekującym:

- Panowie, musimy wyważyć drzwi. Tam coś musiało się stać.

Nie czekano na powtórkę propozycji. Drzwi wyważono, a ich oczom ukazała się postać Napieralskiego wisząca na pasku od własnych spodni na spłuczce z nogami w muszli klozetowej.

- Boże! – zawołał ktoś na ten szokujący widok

Denata szybko odcięto i wezwano policję. Wykluczono samobójstwo, ale śladów mordercy znów nie było. Żadnych odcisków palców, żadnych śladów walki, próbek DNA czy innych podobnych rzeczy. Przyprowadzono psa policyjnego, niezrównanego Doga, rasy owczarek niemiecki. Pies tylko skulił się i zawył, a następnie poprowadził funkcjonariuszy prosto na cmentarz.  Zatrzymał się przy grobie Antoniego Rogalskiego, nauczyciela samobójcy. Tu znów zawył i skulił uszy. Nie bardzo wiedziano co z tym fantem zrobić. W dokumentach wygrzebano sprawę samobójstwa pary z 1971 roku, a potem po nitce do kłębka kolejno wszystkie morderstwa w internacie.  Choć wniosek wydawał się oczywisty, nikt nie chciał głośno wypowiedzieć, że winą za wszystkie te zbrodnie można obciążyć jedynie nieboszczyka-samobójcę. Rzecz była nie do wiary. Niemniej podjęto decyzję o ekshumacji. Odpowiednie służby z policją na czele wyznaczyły termin i grób odkopano. Ku zdumieniu wszystkich świadków tego wydarzenia, stwierdzono, że mimo upływu czterdziestu lat od pogrzebu, trumna dębowa stoi nienaruszona, ani wyglądem ani materiałem. Bez trudu wydobyto ją na powierzchnie i otwarto. Oczom policjantów ukazał się żółty trup całkowicie zachowany, jak zabalsamowany, tylko włosy miał bardzo długie do pasa i paznokcie długości dziesięciu centymetrów.  Ekipa ekshumacyjna stała w ciszy i zdumieniu. Wreszcie ktoś ręką ubraną w rękawiczkę dotknął policzka zmarłego. W tym samym momencie trup rozsypał się w żółty,  drobny proszek, który zaległ wnętrze trumny. Gdzieś zerwał się wiatr i ze świstem przeleciał nad stojącymi nad trumną. Zawirował i porwał ze sobą żółty proszek, unosząc go gdzieś w przestworza. W tym samym momencie trumna rozsypała się w proch. Na cmentarzu pozostał tylko odkryty dół i stojący jak w sennym letargu świadkowie tych zdarzeń.

 

Burmistrz Łobżenicy ogłosił kolejny przetarg na sprzedaż budynku po byłym internacie. Ta ulokowana przy ul. Złotowskiej nieruchomość czeka na nabywcę, który ma pomysł na zagospodarowanie sporej przestrzeni przeznaczonej na mieszkania i prowadzenie usług.

Zainteresowani ofertą powinni odwiedzić łobżenicki BIP, gdzie w zakładce „Przetargi” znajduje się szczegółowy opis przeznaczonych do zbycia nieruchomości. Do 26 sierpnia należy wpłacić wadium w postępowaniu związanym z kupnem posesji przy ul. Złotowskiej. Oprócz piętrowego, podpiwniczonego budynku w skład nieruchomości wchodzi budynek garażowo-gospodarczy i budynek gospodarczy. Budynek wymaga remontu, konserwacji i wymiany niektórych urządzeń i instalacji. Naprawy wymaga także pokrycie dachu oraz opierzenie. Więcej na
http://bip.lobzenica.pl/?a=3265
. Przetarg rozstrzygnięty zostanie 31 sierpnia.

IMG_0187-20150814-221318

1 komentarz więcej...

Kolorowa słodycz w szkle

przez , 18.lip.2015, w mitologiapolska

Kolorowa słodycz w szkle

 

Kiedy jechałam rowerem z Trzebonia, na wysokości jazu na Łobżonce zatrzymało mnie młode małżeństwo i mocno podekscytowani prosili o interwencję, bo na nowym Bulwarze 700-Lecia, pijana młodzież niszczy nową ławeczkę stojącą nad rzeką. Pomyślałam sobie, że jeśli ta młodzież jest pijana i nie ma żadnych hamulców, to pewnie moja interwencja też nic nie da. Powiedziałam to. Mężczyzna jednak odpowiedział, że jako dziennikarz mogę zrobić zdjęcie i pokazać na policji. Pomysł nie podobał mi się bardzo, ale zawróciłam rower i pojechałam we wskazane miejsce, by chociaż zobaczyć co się tam dzieje. Zatrzymałam się tuż przy biesiadujących młodych facetach, którzy odprawiali swoje „modły” nad pustą do połowy skrzynką piwa. Gdy mnie zobaczyli zamilkli, patrząc na mnie pytająco. Ławka była cała, ani śladu bijatyki, czy prób dewastacji. Powiedziałam im  „szczęść Boże” i odjechałam. Ławka  ani ta, ani żadna inna na bulwarze nie została zniszczona. A pomyślałby kto, że jak młody to już zupełnie do niczego. Nie taki diabeł straszny…

Jedna z moich znajomych od wielu lat mieszka w Toruniu. Pewnego dnia , zaproszona przez nią, pojechałam ją odwiedzić. Z Toruniem mam miłe wspomnienia związane ze studiami, no i piękno tego miasta także jest niepowtarzalne. Tak więc z zaproszenia skorzystałam skwapliwie, licząc na to, że odwiedzę znajome miejsca i nałykam się staromiejskiego toruńskiego powietrza. Helena mieszkała na Rubinkowie, osiedlu składającym się z samych dziesięciopiętrowych bloków, podobnych do siebie jak odbicie w lustrze. Za moją namową pojechałyśmy tramwajem na Starówkę.  Odkrywałam na nowo klimat uliczek, kamieniczek, rynków z rozłożonymi na sztalugach widokami toruńskich artystów, kafejek, empiku, rzeki  przechodniów, którzy niby mrówki lub pszczoły poruszali się pozornie bez celu i sensu, ciemne i chłodne jak jaskinie kościoły, pełne wiekowych dzieł sztuki,  klimat ruin krzyżackiego zamczyska i Wisła, wlewająca się falą prawie na ulicę, gdyż wiosna tego roku już od samego zarania groziła powodzią i wylewami.  W pewnym momencie Helena oznajmiła, że owszem jest tu fajnie, ale ona nigdy tu nie była. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, a nawet grozy. Było dla mnie niepojęte, żeby wiele lat mieszkać w Toruniu i nie odwiedzić ani razu Starówki. Nie zdobyłam się nawet na żaden sensowny komentarz, bo może zresztą nic sensownego nie dałoby się na ten temat powiedzieć.  A mnie korciło, by odwiedzić jeszcze muzeum w ratuszu, gdzie jak przeczytałam na plakacie, czynna była wystawa malarstwa polskiego  wieku XIX. Poszłyśmy zatem do ratusza.  O ile wystawa nie rozczarowała mnie, o tyle Helena znów mnie zaskoczyła, mówiąc że nie ma co oglądać, bo na obrazach same brzydkie kobiety. Spróbowałam jeszcze raz i zaprosiłam znajomą do teatru, gdzie grano „Biesy” według Dostojewskiego. Dla potrzeb tego interesującego spektaklu „przebudowano” całą widownię, z której zrobiono ogromna scenę. Widzom pozostało miejsce na balkonach.  Ambitna scenografia, ambitna reżyseria i trudny temat nie przyciągały widzów. A Helena? Przyzwyczajona do zaskoczeń już się nie dziwiłam, że przez cały czas trwania spektaklu jadła cukierki, zajęta bardziej odwijaniem ich z papierków niż treścią przedstawienia. W sumie chyba była niezadowolona z mojej wizyty, gdyż więcej mnie nie zaprosiła.

Miejscowość Skic w powiecie złotowskim ma dobrego gospodarza. Widać to zaraz przy wjeździe do wsi, gdzie po lewej stronie szosy znajduje się niewielki wiejski park. Zadbane alejki, wśród starych wysokich drzew rabaty z tujami i cisami, inny niż wszędzie, bo drewniany plac zabaw, przy czym drewno pięknie impregnowane, prezentuje się naprawdę dobrze. Co jednak najważniejsze w tym miejscu, to urokliwe rzeźby w drewnie podarowane wiejskiemu parkowi przez miejscowego ludowego artystę. Świątki w kapliczkach, unoszące dłoń w geście błogosławieństwa, królewskie postacie o twarzach surowych i dostojnych, pełne władzy i dumy mówią wszystko o mitologii, która je stworzyła. Usiadłam na ławeczce w tym niezwykłym otoczeniu, a rower postawiłam obok. Chwila odpoczynku po zrobieniu kilkunastu kilometrów na moim wehikule, na którym z satysfakcją odwiedzam sąsiadujące z Łobżenicą wsie i miasteczka. Czasem rozmawiam z ludźmi, a często fotografuję osobliwości, na jakie uda mi się trafić. Wielki świat zwiedziłam, gdy byłam młoda. Teraz fascynuje mnie to co małe, pozornie znane – pozornie gdyż w małym odkryć można to co niezwykłe, niepowtarzalne, fantastyczne w treści i formie. Siedzę więc sobie i odpoczywam rozglądając się wokół, gdy nagle spostrzegam przyczepione do gałęzi starych drzew figurki ptaków kolorowych, egzotycznych i nieprawdopodobnie a naiwnie realistycznych. Uśmiechnęłam się w duchu do siebie, żałując że jestem sama i nikt nie może tego wszystko mówiącego uśmiechu ze mną dzielić. Artysta, który tak zaludnił ten urokliwy park swoją twórczą wyobraźnią, natychmiast skojarzył mi się ze świętym Franciszkiem. Bo to ten sam klimat i ta sama osobowość: jedna święta a druga artystyczna. Niewątpliwie mogą sobie podać ręce…  na znak pokoju.

IMG_9642-20150718-113814

Zostaw komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...