mitologiapolska

W Żuławce

przez , 16.lip.2015, w mitologiapolska

W Żuławce

 

Cudownie jest przejeżdżać jedyną ulicą w osadzie Żuławka, która w pełni zasługuje na tę nazwę. Na ogromnej, płaskiej równinnej łące, na granicy której widać malowniczą Dębową Górę, pokrytą lasem – najwyższe wzgórze w morenie czołowej wzdłuż doliny Noteci. Jej wysokość to 193,7 m n.p.m. Wiosną jest tam zielono tą jedyną w swoim rodzaju majową świeżą i młodą zielonością, i kwitnąco. W ogrodach Żuławki drzewa drzemią stojąc i tonąc w efemeryczności delikatnego jak piasek w klepsydrze kwiatostanu. Żuławka to osada niegdyś, u początku swego powstania, tj. w XIX wieku, holenderska. Później mieszkali tu także Niemcy, no i rzecz jasna Polacy. Niektóre z chat pamiętają jeszcze swoich pierwszych właścicieli. Ale wyjątkowa jest ponad dwustuletnia chata na samym końcu wsi. Widać ją na fotce. Jest zachowana całkowicie w swoim pierwotnym kształcie i wyglądzie. Nawet fragmenty płotu pamiętają odległą historię tego niezwykłego miejsca.

13338844-20150716-021223

A największe zdumienie wzbudza fakt, że jest zamieszkana. Osiemdziesięcioczteroletnia staruszka chce nam opowiedzieć wszystko za jednym tchem, o tym jak się tutaj znalazła, jak pracowała podczas wojny u Niemców i jakich miała sąsiadów. Zaprasza nas do środka. Niestety z wielkim żalem musimy odmówić, gdyż w autokarze niecierpliwią się nasze koleżanki i koledzy. Zdążyliśmy wysłuchać opowieści o tym jak dobrze traktowali ją Niemcy, gdy u nich pracowała podczas II wojny. Żywności dawali jej pod dostatkiem: mleka, masła, a nawet śmietany i jeszcze płacili, dając tyle kasy, że starczało na utrzymanie. Ku naszemu zdziwieniu opowiedziała nam też o polskiej rodzinie, u której pracowała. Polacy nie byli hojni. Jedyne wynagrodzenie za swoją pracę jakie od nich otrzymała, to wyskrobane ze ścianek kamiennego garnka resztki smalcu i trochę chleba. Cóż, czasem mylimy się w sądach o ludziach, kierując się wygodnymi w użyciu i szufladkowującymi ludzkie charaktery stereotypami. Losy Polaków podczas wojny z Niemcami też były różne. Wróg pomógł, okazując się uczciwym, a rodak wręcz przeciwnie. Staruszka pożegnała nas uśmiechem, a my zaprosiliśmy się do niej w odwiedziny i na pogawędkę raz jeszcze. Na razie z tego zaproszenia nie udało nam się skorzystać. Wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy w kierunku Grabówna, a nasza sympatyczna pani długo jeszcze kiwała nam ręką na pożegnanie.

IMG_7561-20150716-021013

Zostaw komentarz więcej...

Wojtek

przez , 16.cze.2015, w mitologiapolska

Wojtek

 

Gromadka dzieciaków wybiegła na ulicę z wrzaskiem. Lipcowy dzień zaczynał dojrzewać wzrastającym jak ból upałem. I oto nagle zza rogu w ten uliczny parny wąwóz wjechał rozklekotany przedwojenny rower bez ramy, za to z wiszącą pod kierownicą na jednym drucie dynama gruszką rowerowej latarki. Rower telepał się po kocich łbach, podskakując i turkocząc z cicha.

- Gromadzki jedzie! – wrzasnął Wojtek, najstarszy z dzieciaków i na czele tej grupki ruszył w kierunku  telepiącego się roweru. Dzieciaki bose i prawie nagie dogoniły rower i biegły teraz za nim aż na róg ulicy. Tam Gromadzki przystanął. Oparł pojazd o ścianę domu, wyciągnął z torby wielki dzwonek z rękojeścią i zadzwonił. Rozległ się dźwięk  metalisty i trochę fałszywy, jakby dzwonek był pęknięty i tą raną czy blizną krzyczał fałszywym falsetem. Dzieciaki ustawiły się tymczasem wkoło i umilkły, by posłuchać co też staruszek ma do przeczytania. A on wyjął urzędowe pismo i tak oznajmił:   – Towarzysze i obywatele!  13 lipca odbędzie się ekshumacja zwłok pomordowanych przez hitlerowski Selbstschutz w Górce Klasztornej 29 listopada 1939 roku. Zwłoki zostaną odkopane z góreckiego ogrodu, włożone do trumien i przewiezione na cmentarz w Łobżenicy, gdzie spoczną na zawsze. Cześć ich pamięci! Przewodnicząca Miejskiej Rady Narodowej Adela Jasiecka – tu staruszek zwinął pieczołowicie pismo w rulonik, zapakował do torby, w której już uprzednio schował pęknięty dzwonek, wsiadł na rower i odjechał na następny róg ulicy, a dzieciaki podążyły za nim wrzeszcząc i wymachując rękoma.

Gromadzki był gminnym gońcem. Wiek swój podeszły ukrywał pod płócienną koszulą w kratę i wyświechtaną marynarką koloru granatowego. Spodnie długie i szerokie, których nogawki zahaczały o dolne części roweru, przeszkadzając i utrudniając jazdę. Łobżenica, senne i somnambuliczne miasteczko, ożywiało się raz w tygodniu, w piątek, gdy odbywały się targi na zupełnie pustym placu Wolności, wybrukowanym kocimi łbami i ze stojącymi na wszystkich rogach placu ulicznymi latarniami gazowymi jeszcze sprzed wojny. Latarnie te były nieczynne. Nikt ich nie zapalał i nie gasił. Stanowiły relikt przeszłości przedwojennej, być może nawet tej sprzed pierwszej wojny. Niektóre z nich pochylone lub z wybitymi szybkami, czarne z ozdobną obudową i słupami. Na targi przyjeżdżały wozy drabiniaste ze wsi z inwentarzem: kurami, kaczkami, indykami i perliczkami. Sprzedawano prosięta i  jałóweczki, które posłusznie szły przywiązane do wozu. Były jagnięta i młode kozy. Wiejskie kobiety w kolorowych kwiecistych chustach na głowach sprzedawały masło w osełkach, okrasę gęsią, smalec wiejski, małosolne, jaja, miód, warzywa z ogródka, a czasem nawet chleb pieczony w domowych małych piekarniach. Wszystko to było niezwykle świeże i smaczne, domowej roboty i już samym wyglądem zapraszało do jedzenia. Na innych stoiskach sprzedawano robione chałupniczo laczki, dalej paski, wstążki, chusty, korale i inne cudeńka, które barwiły się w słońcu letniego przedpołudnia. Na targu było gwarno i strojno, a ciasnota nie pozwalała przechodzić swobodnie między straganami.

Gromadzki zatrzymał się na następnym rogu ulicy i tu sytuacja powtórzyła się co do joty, tylko dzieciaków coraz więcej było, bo z sąsiednich ulic przybiegały, tak samo bose i tak samo rozwrzeszczane.

Gdy Wojtek wytrwawszy na posterunku do końca wszystkich czytań pisma z urzędu, wrócił do domu, podbiegł do matki, która w pokoju szyła na maszynie.

- Mamo co to jest ekshumacja? – zapytał, a obce słowo zapamiętał bezbłędnie. Matka przestając szyć odwróciła się w stronę syna. – Skąd ty znasz to słowo synku – zapytała

- Pan Gromadzki czytał pismo na rogu. Ma być ekshumacja zwłok z Górki Klasztornej na nasz cmentarz – powiedział – Niemcy zabijali Polaków tam w ogrodzie – dodał posępnie – Co to jest ekshumacja – powtórzył pytanie.

- Ekshumacja to jest właśnie  wydobycie zwłok z dołu, w którym zostały zakopane i z szacunkiem umieszczenie w trumnach – odpowiedziała matka.

- Tak myślałem. Dlaczego Niemcy zabijali Polaków. Czy Polacy zrobili im cos złego? – zapytał znowu

- Nie, synku, nie zrobili.

- To dlaczego?

- To trudna sprawa. Opowiem ci jak będziesz starszy. Lepiej zrozumiesz.

- Ja i teraz zrozumiem. Powiedz.

- Zabijali nas, bo chcieli zabrać nam naszą ojczyznę, nasze domy i nasze ziemie.

- Czy Niemcy to źli ludzie?  Powiedz mi – nalegał Wojtek

- Nie wszyscy. Była wojna. Wojna jest zawsze bezrozumna i czyni z ludzi bestie.

- Kto tam zginął, mamo? Czy znałaś tych ludzi?

- W czasie wojny nie mieszkaliśmy w Łobżenicy. Nie wiem kto zginął. Znam tylko jedno nazwisko – odpowiedziała matka

- Powiedz mi, chcę wiedzieć.

- To kobieta. Anna Jaworska, powstaniec z 1919 roku. Niemcy zabili ją z zemsty.

- A dlaczego znasz jej nazwisko, a innych nie?

- To straszna historia. Nie nalegaj – poprosiła matka

- Chcę wiedzieć – powiedział stanowczo malec.

- Dobrze, powiem ci. Annę Jaworska rozerwano końmi, a potem wrzucono do dołu.

Na twarzy Wojtka pojawiła się zawziętość.

- Musisz mi to dokładnie opowiedzieć – szepnął Wojtek – O tym powstaniu też. Chcę wiedzieć – dodał zaciskając pięści.

- Kochanie, zabiorę cię do Izby Muzealnej, tam jest wystawa rzeźby Jana Topora, artysty, który ocalał z rzezi góreckiej i uwiecznił w rzeźbie postać Anny i jej morderców . Bo niby dlaczego miałbyś nie wiedzieć. Nie jesteś znów taki mały – matka ucałowała syna, który rzucił się jej na szyję – A na ekshumację pójdziemy? – zapytał malec – Tak pójdziemy – potwierdziła matka.

Nadszedł dzień ekshumacji. Wojtek z matka poszli na plac Wolności, gdzie już stały rzędem trumny gotowe do przeniesienia na cmentarz. Ludzi było dużo. Delegacje zakładów pracy z wieńcami i wiązankami kwiatów, kolejarze w mundurach, służby medyczne, milicja i strażacy. Uformował  się kondukt, który wolno ruszył w ulicę Powstańców, a potem Sportową. Trumny na ramionach nieśli strażacy z łobżenickiej OSP. Orkiestra grała Marsza Żałobnego Chopina. Na cmentarzu do otwartej mogiły, gdzie wstawiono trumny, posypało się morze kwiatów, a w oczach uczestników pogrzebu pojawiły się łzy. Wspomnienia okrutnej wojny były jeszcze bardzo żywe i pamięć tragicznych wydarzeń bolała tak, jakby to stało się wczoraj.

Wieczorem Wojtek nie mógł zasnąć. Rozmyślał o Annie Jaworskiej. Mama zgodnie z obietnicą zabrała go do Izby Muzealnej, gdzie realistyczna rzeźba podziałała jak uderzenie na wyobraźnię chłopca.

- Nienawidzę wojny! – pomyślał – Wojna jest głupia, ja nie chcę wojny! Nigdy! – dodał w duchu…

002_1m-20150616-185645

Zostaw komentarz więcej...

Ludzie i kamienie

przez , 13.mar.2015, w mitologiapolska

Ludzie i kamienie

 

Dokładna data powstania wsi Chlebno nie jest znana. Przypuszcza się, że do 1815 roku na tym terenie znajdował się jedynie folwark, który należał do tzw. klucza łobżenickiego. W  roku 1821 za długi wykupił go Wiktor Ebers. Wcześniej majętność była w rękach polskich: Grudzińskich, Łochockich i Radolińskich. Nowy właściciel wykupił ją od kamery pilskiej, ponieważ była zadłużona. Wiktor Ebers pochodził z rodziny żydowskiej o nazwisku Heitelfreim, które zmienił na Ebers. Zmienił także wiarę na ewangelicką, ponieważ  dwór cesarza Wilhelma niechętnym okiem patrzył na Żydów kultywujących własne tradycje i zachowujących własną wiarę. Ebers był jednym z bogatszych bankierów berlińskich. Jego córka, Johanna Franziska Victoryna Ebers poślubiła hrabiego Limburga von Stiruma, arystokratę bez majątku. Partia więc z obu stron była bardzo korzystna. Od momentu przejęcia dóbr tych przez rodzinę Limburg von Stirum na majątku zaczęło dziać się lepiej. To oni wprowadzili tu cywilizację: trójpolówkę, meliorację, zagospodarowanie lasów, wybudowali piękny pałac z parkiem. Tereny te wiele zyskały na gospodarce prowadzonej przez nowych właścicieli. Byli oni bardzo dobrymi gospodarzami i utrzymali się do 1945 roku. Wtedy musieli się stąd wycofać. Ziemię rozparcelowano, pałac przejął Dom Pomocy Społecznej. Miejsce pochówku na cmentarzu ewangelickim, gdzie znajdowały się groby Wiktora Ebersa i członków rodziny Limburg von Stirum  zostało zdewastowane. Została jedynie kupa krzaków i nielegalne wysypisko śmieci.  Zwycięzca  robi co chce i praktycznie ślad nie pozostał po dawnych właścicielach.

a 11IMG_3851a

Podczas „Hubertusa” Koła Łowieckiego „Dzik” z Łobżenicy, zwiedzamy teren dawnego cmentarza. Jest uporządkowany, odnowiony, marmurowe nagrobki Wiktora Ebersa i rodziny hrabiów Limburg-Stirum odrestaurowane, z odnowionymi inskrypcjami i nazwiskami.  Po terenie oprowadza nas Jacek Gardecki, pasjonat  historii i pomysłodawca na zagospodarowanie tej działki.  To on opowiedział  nam historię majatku.

angelABmIMG_8430

To  miejsce jako działkę  znalazł prezes Koła Łowieckiego nr 14 „Dzik” w Łobżenicy Zenon  Michalski . Powstał plan by je wykorzystać pod budowę stanicy myśliwskiej. Teren ogrodzić, uporządkować, odnowić. Powiązać z łowiectwem, z ochroną przyrody, z historią i zagospodarować całość. Odnowiliśmy marmurowe nagrobki Ebersów, które były rozbite, pokryte glonami i mchem. Napisy były praktycznie nieczytelne. Teraz wygląda to tak, jak gdyby postawione zostały dwa trzy lata temu. Postawiliśmy tablice informacyjne, zawierające historię tego miejsca i drugą powiązaną z tradycjami polskiego łowiectwa. Jest tu też głaz z tablicą pamiątkową ku czci zmarłych naszych kolegów myśliwych i piękna kapliczka drewniana św. Huberta patrona myśliwych – opowiada Jacek Gardecki.

angelABmIMG_8444

Ktoś z mieszkańców Chlebna zaprowadził mnie do tajemniczego kamienia w lesie, jakieś 500 metrów od stanicy myśliwskiej. Miejsce to upamiętniało zabójstwo gajowego Edmunda Żołądkiewicza przez kłusownika w lipcu 1956 roku.  Dotarliśmy do ludzi, którzy znają historię tego ponurego wydarzenia, które skończyło się obłędem zabójcy, ale doszliśmy do wniosku, że nie będziemy  ujawniać tej tragedii. A kamień został  postawiony w tym miejscu być może po to, by milczał nad ta zbrodnią.

angelABmIMG_3918

Po wzmiance o tym milczącym kamieniu na „Kocham Łobżenicę”, jedna z naszych czytelniczek Marta Arndt poinformowała nas o innym kamieniu, który znajduje się w przypałacowym parku w Chlebnie. Powiedziała nam, że jest tam napis, który oczyściła z mchów i brudu.

Pojechaliśmy tam. Rzeczywiście, w głębi przypałacowego parku, który na przedwiośniu wygląda nieciekawie, wśród bezlistnych dorodnych dębów, grabów o gładkiej, nieznacznie spękanej, popielatej korze i buków ozdobnych na lekkim wzniesieniu skąd widać skarpę z nagła i znacznie obniżającą teren w niewielką, mającą kształt niecułki dolinkę, stoi głaz, prawie na człowieka wysoki. Chlebno ma szczęście do tajemniczych kamieni, bo ten jest już drugi – a  licząc odrestaurowane nagrobki Ebersów czwarty –zachowujący  w milczeniu tajemnice przeszłości. Widać go z drogi, już ok. 300 metrów od pałacu. Teren ten jest zamknięty, więc poprosiliśmy gospodarza tego terenu, dyrektora DPS-u Edwarda Starszaka o udostępnienie nam wejścia na teren parku. Pałac w Chlebnie wybudowany został około 1900 roku w stylu willowym. W jego sąsiedztwie stoi, wybudowana w 1860 roku z kamienia polnego, oficyna. Całość otoczona jest rozległym parkiem. Dowiadujemy się od naszego „przewodnika”, że pałac zbudowany jest w stylu późnoklasycystycznym. Budynek wzniesiony na nieregularnym planie, jedno i dwukondygnacyjny, nakryty łagodnymi dachami dwuspadowymi. W fasadzie umieszczono czterokondygnacyjną wieżę, która na zasadzie wieży ciśnień służyła do zaopatrywania łazienek w wodę.  Jeden ze szczytów zdobi półokrągła przybudówka. Po przejęciu majątku przez rodzinę Limburg von Stirum powstała ordynacja Chlebno, do której należały majątki Luchowo, Łobżonka (z leśniczówką) i Rataje. Łączny areał przekraczał 2 tysiące hektarów i dawał około 9 tysięcy talarów czystego dochodu gruntowego. Majątek Chlebno liczył 505 ha, w tym 394,6 ha ziem uprawnych. Właścicielem Ordynacji był w okresie międzywojennym Fryderyk Limburg-Stirum.

Docieramy na miejsce. Choć zaopatrzeni byliśmy we wszystko co trzeba:  Notes w twardej oprawie, by można na nim było pisać na kolanach, długopis  i lupę, sztuka odczytania napisu nie udała nam się wcale.  Wiedzieliśmy, ze napis, który chcieliśmy odczytać jest w języku niemieckim. Na wszelki wypadek więc zabraliśmy tłumacza w osobie Bronisławy Mazurek. Niestety. Nasz tłumacz zapomniał okularów. Dla nas – osób bądź co bądź w podeszłym wieku, napis był nieczytelny. Jedyne co można by zrobić to pomalować łatwo zmywalna farbą, by wklęsłe litery zaczęły się odróżniać. Odczytaliśmy jednak coś, co nam wydało się ważne: imię i nazwisko. Nie było to  nazwisko właściciela pałacu i parku Limburg-Stiruma, lecz trudno brzmiące Bernhard von Tschirschky, co jeszcze wzmogło naszą ciekawość. Po powrocie do domu zajrzeliśmy do Wikipedii. Niemieckojęzyczna Wikipedia poinformowała nas, że „Bernhard von Tschirschky” to nazwa okrętu wojennego zabezpieczającego lotnictwo, należącego do Luftwaffe (obrona lotnicza). Wcześniejsza nazwa tego okrętu to „Krischan III” . „Bernhard von Tschirschky” nazwano ku czci Bernharda von Tschirschky (1888- 1918) oficera marynarki wojennej, komandora lotnictwa morskiego Korpusu Flandryjskiego Marynarki Wojennej podczas I Wojny Światowej. Snuliśmy domysły, że być może ktoś z rodziny Limburg-Stirum służył na tym okręcie i zginął? Nie znamy nawet daty postawienia tego głazu. W sukurs przyszła nam Marta Arndt, która odczytała przy niemałym wysiłku ten napis i przysłała nam tłumaczenie.

angelABmIMG_4894

Oto tłumaczenie napisu z kamienia w Chlebnie:
Wspólnej pamięci Gunther’a von Tschirsky und Bogendorff i jego działalności w kluczu Lobsens od kwietnia 1903 do kwietnia 1914 oraz pamięci jego trzech synów zabitych w wojnie światowej: Bernhard’a von Tschirsky und Bogendorff kapitana-porucznika, komendanta skrzydła samolotów morskich w Seebrugge zm. 18(16?) 10.1918r, Hansa Adama von Tschirsky und Bogendorff zm.10.12 1914, Alfreda von Tschirsky und Bogendorff zm.28.05.1915r.

Informacje otrzymaliśmy także od Hanny Wisniewskiej, która jest pasjonatka historii. Powiedziała nam o sobie: – Historia to mój „konik”, nie tylko ta wielka, ale również lokalna czy rodzinna. Uwielbiam odkrywać na nowo zapomniane fakty z przeszłości. W wielu takich przypadkach internet jest bardzo przydatnym narzędziem. Prawie każdy z nas ma również taką żywą encyklopedię w rodzinie – babcię, dziadka. Pytajmy o dawne czasy, spisujmy co się da, bo nasza pamięć jest ulotna i za lat kilkadziesiąt może ktoś nas o coś spyta i miło będzie tę wiedzę przekazać dalej.

Dowiedzieliśmy się od niej, że Bernhard von Tschirschky und Bögendorff – najwybitniejszy z rodziny – to  syn Günthera von Tschirschky und Bögendorff i Johanny Amalie Nanny von Limburg-Stirum, córki hrabiego Friedricha Wilhelma von Limburg-Stirum, właściciela Chlebna. Okazuje się, że wnuk właściciela Chlebna, oprócz tego, że był wojskowym, został w randze porucznika attache’ morskim niemieckiej ambasady w Imperium Osmańskim. Za swoje zasługi został odznaczony Żelaznym Krzyżem kl. II i I oraz Królewskim Orderem Rodu Hohenzollernów z mieczami, Krzyżem Rycerskim II Klasy Orderu Lwów von Zähringen i Krzyżem Friedrich-Augusta I Klasy. Bernhard umarł w 1918 r na obustronne zapalenie płuc, którego nabawił się w Belgii, podczas odwrotu Niemców, na froncie zachodnim I wojny światowej.

Tyle mówią zapomniane tajemnicze kamienie. O ludziach, którzy odeszli  i zostawili po sobie ślady, po których my idziemy, by poznać ich drogę.

13 komentarze więcej...

Przygoda Kaczmarkowej

przez , 20.gru.2014, w mitologiapolska

Przygoda Kaczmarkowej

(Z ludowych łobżenickich opowieści przy kołowrotku)

 

Eulalia Kaczmarkowa z domu Wąsik wstała tego dnia rano, gdy jeszcze ciemnica panowała nad miastem, że nie sposób było nikogo rozpoznać. Uklękła przed obrazem, który oświetlała mała lampka naftowa pomalowana na czerwono, jako wieczna lampka w kościele św. Anny, do którego lubiła chodzić codziennie wieczorną porą. Pacierz mówiła szybko – jedną zdrowaśkę za drugą, przebierając w palcach paciorki lekko trzęsącą się ręką. Gdy wstała od modlitwy, przeżegnawszy się wprzódy pobożnie, nalała wody do miednicy i spryskała dłońmi twarz. Przed wielkim zmatowiałym ze starości lustrem zapaliła świecę i zbliżyła się, by wziąć grzebień z wiszącej pod nim haftowanej własnoręcznie saszetki.  Włosów upiętych w kok nie rozpuszczała, a jedynie, aby rytuałowi stało się zadość, przejechała grzebieniem po upiętych włosach dwa razy i podniosła wzrok na swój wizerunek odbity w lustrze.

- Ksiądz mówi, że w lustrze diabeł mieszka i nie wolno się weń długo wpatrywać, bo diabła straszną maszkarę można zobaczyć – mruknęła do siebie i żegnając się zabobonnie, odwróciła się na pięcie w kierunku drzwi, prowadzących do kuchni. Tam postawiwszy świecę na stole, otworzyła chlebak i wielkim nożem odkroiła pajdę szeroką na dwa palce. Usiadłszy przy stole, na ławie, jadła z widocznym apetytem. Na koniec popiwszy wodą z dzbana, spojrzała w okno, uchylając z lekka zazdrostki. Na dworze śnieg prószył z lekka i zaczynało się przejaśniać. Kaczmarkowa znów mruknęła: – Dnieje… – po czym otworzyła drzwi do sieni. Po drugiej stronie korytarza odezwała się koza, która czując swoją panią, meczała radośnie, oczekując jedzenia i wody. Kaczmarkowa nakarmiwszy i wydoiwszy kozę, zarzuciła na głowę i plecy wielką wełnianą chustę, w rękę chwyciła skopek pełen koziego mleka  i podreptała wąską uliczką przed siebie.

Szła do syna, gospodarstwo domowe mu prowadzić i dzieci sześcioro pilnować. Trza je nakarmić, ubrać, pacierza dopilnować, obiad ugotować i tym podobne sprawy domowe załatwiać, jako że synowa zmarła niedawno. W wielkich bólach, krzycząc i przeklinając Boga z tego świata zeszła. Ksiądz i pochować nie chciał przez te krzyki, bo diabeł w nią wstąpił  - mówił, ale pobożna Kaczmarkowa uprosiła także i tym, że ostatnie grosze, oszczędności na stare lata uciułane, księdzu do ręki wcisnęła. Teraz wszystko na jej głowie zostało, cały dom i dzieci jeszcze małe, same sobie nie mogące poradzić. Syn do lasu chodził z siekierą, jako drwal u pana Działyńskiego od wczesnego rana do zmroku drzewa ścinał, za co trochę grosza a i drewno na opał przynosił.

Dniało już zupełnie, gdy Kaczmarkowa stanęła w drzwiach domu Kacpra. Tam się minęli i syn uściskawszy matkę, wyruszył pieszo kilka stadiów za miasto do Lasu Łobżonka. A Kaczmarkowa uwijała się jak mogła i choć staruszką już była, robota paliła jej się w rekach. Dzieciaki rozwrzeszczane nakarmiła, ubrała i bawić się na dwór puściła. Sama sprzątała, gotowała, zmywała, rąbała drzewo, a po obiedzie usadowiwszy dzieciaki wokół, na kołowrotku przędła, stare historie mądre i ciekawe opowiadała. A wieczorem, po powrocie Kacpra, szła na mszę do kościoła św. Anny na wzgórze pod młynem nad Łobżonką.

Kościół to niewielki był, szachulcowy, ale z pięknym wystrojem ze Świętą Anną Samotrzecią w głównym ołtarzu. Gdy pozapalano świece, wyszedł ksiądz przed ołtarz i rozpoczęła się msza. Kaczmarkowa niewiele rozumiała, bo msza w obcym języku, po łacinie, więc różaniec do ręki wzięła i paciorki przebierając, zdrowaśki szeptała uparcie wpatrzona w swoje klęczące kolana. Wreszcie sen ją zmógł i Eulalia, położywszy głowę na  oparcie ławki, zasnęła mocno. Nie wiedziała jak długo spała, ale obudziły ją śpiewy przedziwnie piękne i głos organów, które aczkolwiek w kościele były, nigdy nie były używane. Być może dlatego, ze grać na nich nie miał kto. Kaczmarkowa otworzyła oczy i podniosła głowę. W kościele było niezwykle jasno. Wszystkie świece, także te, które proboszcz oszczędzał w głównych żyrandolach, lśniły blaskiem niezwykłym, jakby pozaziemskim. Kobieta najpierw oniemiała z zachwytu, a później przeraziła się mocno. Rozglądając się lękliwie wokół, zrozumiała, że msza się odprawia i ludzi wokół w ławkach pełno, śpiewających po łacinie, odpowiadających modlącemu się przy ołtarzu księdzu. Było podniesienie i kościół zamilkł pobożnie. I wtedy Kaczmarkowa usłyszała bijący na wieży zegar. Z trwogą policzyła tylko jedno uderzenie. Domyśliła się, że jest pierwsza w nocy. Rozejrzała się raz jeszcze i wtedy zauważyła znajome twarze łobzeniczan, tych którzy niedawno zeszli z tego świata. Była tez jej synowa. Serce w Kaczmarkowej zadrżało z trwogi.

- To dusze zmarłych odprawiają tu pokutę – pomyślała w panice. Wtedy z zakrystii wyszedł kościelny z koszykiem, by zebrać na tacę. Kiedy przechodził obok Eulalii, kobieta drżącą dłonią ściągnęła z palca srebrną obrączkę i rzuciła miedzy monety. Kościelny poszedł dalej. Kaczmarkowa drżała. Czuła, że tego napięcia strachu dłużej nie wytrzyma. Wtedy ksiądz odwrócił się od ołtarza i pobłogosławił Najświętszym Sakramentem. Dusze  powoli znikały w zaświatach. Światła pogasły. Organy ucichły. Kaczmarkowa nie śmiała ruszyć się z miejsca. Coś ją tu trzymało, przykuło do ławki, a nogi do podłogi. Trwała tak aż zegar wybił siódmą rano. Zaczęło się przejaśniać. Kobieta wyszła z ławki i ruszyła w stronę ołtarza. Chciała zbadać, czy to co widziała w nocy to sen, czy widziała to wszystko na jawie. Cichutko weszła za ołtarz, szukając śladów tej niezwyklej nocy, tych nieprawdopodobnych przywidzeń i strachów. Za ołtarzem stał koszyk używany do zbierania na tacę. Kaczmarkowa chwyciła go machinalnie i grzebała w nim ręką zapamiętale. Ale koszyk był pusty. W jednym rogu tylko coś się srebrzyło w bladym świetle zimowego poranka. Kaczmarkowa chwyciła przedmiot i podniosła do oczu. Była to jej srebrna obrączka.

angelsskanowanie0006

Zostaw komentarz więcej...

Ludowa opowiastka o przeznaczeniu

przez , 17.lis.2014, w mitologiapolska

 Ludowa opowiastka o

przeznaczeniu

(Z przymrużeniem oka)

We wsi Jutrogost nad Jeziorem Długim, na Krajnie w rodzinie bogatego chłopa o nazwisku Rymarzewski przyszedł na świat długo oczekiwany, jedyny syn. Rymarzewski mieszkał nad Długim i tam raz Utopca zobaczywszy, wdał się z nim w pogawędkę. Demon lubił przybierać postać ludzką, a szczególnie upodobał sobie image szlachcica, w czerwony żupan się przebierawszy, czapkę z piórkiem na głowę założywszy, nawet szablę przy boku lubił nosić, przytroczoną do pięknego i szerokiego pasa słuckiego. Demoniczność Utopca zdradzały  jednak nogi, z których jedna kopytem oślim była zakończona. Rymarzewski chłopem niegłupim będąc, Utopca rozpoznał i na jego obcesowe nagabywania, by z nim do jeziora szedł, nie dał się nabrać. Kiedy demon nijak odczepić się nie chciał, chłop obiecał mu, że na chrzciny niebawem go zaprosi. Na to Utopiec chłopu życie darował. Lecz kiedy chrzciny nadeszły Rymarzewski Utopca ani myślał zaprosić. Goszczono się tedy na uroczystości, na którą wraz z plebanem cała prawie wieś przyszła. Na koniec zjawił się też Utopiec, choć nieproszony. Szedł dumnie, twarz szpetną wielkim wąsem zakrywszy, na głowni dłoń z palcami zrośniętymi błoną fantazyjnie położywszy, zdejmując czapkę z czaplim piórem skłonił się nisko i tak rzekł:

- Nie mam prezentu dla małego Dionizego – gdyż takie imię chłopiec na chrzcie dostał – ale mogę przepowiedzieć przyszłość dla niego, którego to fatum nie da się nijak uniknąć. Rymarzewskiemu nieswojo się zrobiło, że oto oszukanego Utopca widzi na chrzcinach syna i nie spodziewając się niczego dobrego, rozmyślał w pochmurności swojej, jak tu nieproszonego gościa się pozbyć. Tymczasem Utopiec do kołyski podszedł nierozpoznany przez nikogo prócz gospodarza. Pochylił się nad nią i dziecko wziąwszy na ręce, rozbujał aż Dionizy rozpłakał się, rozwrzeszczał na dobre. Matka wyrwawszy syna z objęć demona uciekła do sąsiedniej izby. Tymczasem Utopiec w te słowa odezwał się do stojących w kole gości:

- Dionizy dożywszy szczęśliwie lat ośmiu, do studni wpadnie i utopi się, jako że żadnej mocy nie ma, która mogłaby przeciwstawić się tej przepowiedni. W dzień swoich ósmych urodzin chłopiec utopi się w studni – to rzekłszy zaśmiał się demon szatańskim śmiechem i skłoniwszy się gościom układnie, wyszedł i nie widziano go odtąd nigdzie w okolicy.

Tymczasem Dionizy rósł, a rodzice świata poza nim nie widzieli. Kochali go tak mocno, że nie byli skłonni uwierzyć w przepowiednie demona. Po prostu nie wyobrażali sobie, by mogli żyć bez syna i że mógłby on umrzeć, odejść, utopić się czy w jakiś inny sposób mógł być pozbawiony życia. Niemniej studnię, co to stała na podwórzu zabito deskami i codziennie sprawdzano, czy ktoś jej nie otworzył, by wody zaczerpnąć. Studnia tak szczelnie była zamknięta, że nie sposób było w nią zajrzeć, a wpaść to niewiarygodnym się zdawało.

Nadeszły ósme urodziny Dionizego. Od rana świętowano. Dionizego matka w odświętną dziecięcą sukmanę koloru chabrowego, haftowaną czerwienią i złotem ubrała. Prezenty w postaci słodyczy kupionych na targu w pobliskiej Łobżenicy, tudzież  zabawek, komików drewnianych, żołnierzyków i innych figurek rodzice nie skąpili chłopcu. Ale Dionizy tego dnia jakoś cieszyć się tym wszystkim nie umiał. Stronił od matki, od ojca, od sąsiadów i wolał sam przebywać niż w ich obecności. Matka z troską patrzyła na syna, ale w końcu widząc jego rozterki, na dwór pozwoliła mu wyjść. Chłopiec udał się w kierunku studni i na deskach, które ją zamykały usiadł. Rodzice widząc, że nic złego się nie dzieje, sądząc, że mściwego Utopca w pole wyprowadzili,  wrócili do swoich zajęć, co jakiś czas na syna spoglądając. Wciąż siedział na studni nieruchomo jakoś, nienaturalnie i matka tak przyglądając się dziecku, niepokój jakiś zaczęła odczuwać. Wahała się jeszcze chwilę, po czym podbiegła do syna i chwyciła go w ramiona.  Chłopiec był martwy.

aimages

Zostaw komentarz więcej...

Baśń ludowa z okolic Krajny

przez , 07.lis.2014, w mitologiapolska

Baśń ludowa z okolic Krajny

(Pół żartem, pół serio o nieuchronności śmierci)

 

Nazajutrz miał się odbyć w Kościele św. Anny w Łobżenicy ślub Rafała Radolińskiego, właściciela klucza łobżenickiego z siedzibą w Chlebnie, z hrabianką Olgą Potulicką herbu Grzymała z Więcborka. Rafał Radoliński, hrabia herbu  Leszczyc,  był to hulaka wielki, człek wesoły od trunków i inszych używek, jakie natura dała nie stroniący. Cynik wielki i kochający mamonę do tego stopnia, że gotów był umierającemu ojcu swemu wydrzeć poduszkę spod głowy, by prędzej skonawszy, jego  – Rafała majętnością w testamencie obdarował. I takoż się stało. Rok temu właściciel klucza łobżenickiego śp. Wincenty na tamten świat boży przeniósłszy się, majętność wielką a bogatą jedynemu synowi Rafałowi zostawił. Rafał aczkolwiek młodym jeszcze będąc, bo do czterdziestki nie dociągał, ożenić się pragnął, ale przepisany obyczajem rok po śmierci rodzica dopiero ożenek mógł urzeczywistnić. Nareszcie czas ów nastał i w przeddzień zaślubin hrabia doglądał osobiście wszystkich przygotowań, a pod wieczór na ławie spoczął, by wina w spokoju się napić. Gdy tak siedział z kielichem wielkim w ręce, postać jakaś pokazała mu się przed oczyma. Nie wiedział, czy to jawa, czy sen. Czy mara czy zwidy, czy wreszcie może pijackie delirium mu się przytrafić mogło. Przetarł oczy i ujrzał przed sobą:

(…) człowieka nagiego,

Przyrodzenia niewieściego,

Obraza wielmi skaranego,

Łoktuszą przepasanego.

Chuda, blada, żółte lice

Lści się jako miednica;

Upadł ci jej koniec nosa,

Z oczu płynie krwawa rosa;

Przewiązała głowę chustą,

Jako samojedź krzywousta;

Nie było warg u jej gęby,

Poziewając skrżyta zęby;

Miece oczy zawracając,

Groźną kosę w ręku mając;

Goła głowa, przykra mowa,

Ze wszech stron skarada postawa  -

Wypięła żebra i kości,

Groźno siecze przez lutości. (…)

Rafał przeraził się na dobre, gdy mimo szczypania się w łydkę i bólu tym spowodowanego, mara nie znikała. Zrozumiał, że czeka go rychła śmierć. Tak też było.  Szkaradne widmo podobne było tak do rozkładających się nieboszczyków, że jego pochodzenie z zaświatów nie ulegało wątpliwości. A kosa w ręce – to przecież atrybut śmierci we własnej osobie.

Brrrrr… – zazgrzytał zębami w wielkim strachu Rafał

Brrrrr… – zawtórowała śmierć i zaśmiawszy się szyderczo w te słowa się odezwała:

- Jestem śmierć. Domyśliłeś się, jako żywo. Jutro o tej samej porze, gdy słońce chylić się będzie ku zachodowi, przyjdę po ciebie.  Zamiast wesela, żałoba wielka we wsi będzie za moją przyczyną.  I wiem, że już mi nie umkniesz. Jesteś moim oblubieńcem, ze mną wesele cię czeka nie lada – i śmierć zachichotawszy złowieszczo, zniknęła.

Rafał, który już od samego rana raczył się różnymi na wesele przygotowywanymi trunkami, wytrzeźwiał natychmiast. W jego głowie się kotłowało, a umierać tak ni stąd, ni zowąd nie zamierzał. Toteż wymyślił w końcu, że osiodła dwa konie, widendę sobie na zapas przytroczy do siodeł, pukawkę jakąś na złoczyńców ze ściany ściągnie, bukłaki winem napełni i jazda stąd jak najdalej i jak najprędzej, by śmierć go nie znalazła. Jak postanowił tak też uczynił. Wyruszył już prawie po zachodzie słońca gościńcem na zachód. Jechał szybko. A pogoda mu sprzyjała i księżyc w pełni oświetlał drogę wśród pól. Strach minął już prawie zupełnie i hrabia poweselał nawet, popiwszy trochę wina z bukłaka. Konie, używane na zmianę, szły to stępa to galopem, a hrabia pogwizdywaniem nudę nocnej podróży rozpraszać zaczął. Tak dotrwali do świtu. Po krótkim postoju i nakarmieniu koni, ruszyli dalej.

Rafał nawet w myśli szydził ze śmierci, gdyż pewien był, że go nigdzie nie znajdzie. Coraz bliżej było ku zachodowi i Rafał postanowił skręcić z traktu na drogę prowadzącą do niewielkiej karczmy za bliską już i widoczną na horyzoncie wsią. Tam postanowił zanocować i koniom okrytym pianą i nieprawdopodobnie zmęczonym, w stajni odpoczynek zapewnić.

Pokrzepiony tą myślą zatrzymał się przed karczmą, rzucił rozkaz Żydowi, by konie potrzymał, sam zwinnie nogę przez łeb koński fantazyjnie przełożywszy, zeskoczył na ziemię. Noga trafiła na obły kamień i zsunęła się, ślizgając się po gładkiej powierzchni. Hrabia usiłował utrzymać równowagę. Przewrócił się jednak i nieszczęśliwym trafem o drugi kamień uderzył głową.  Żyd zostawiwszy konia podbiegł do hrabiego, by mu udzielić pomocy.

- Panie hrabio – zawołał – żyje pan?

Rafał Radoliński jęknął przeraźliwie, a podniósłszy rękę cichym głosem rozkazał Żydowi, by mu pomógł wstać. Karczmarz posłusznie spełnił wolę hrabiego, który stanąwszy na nogi zachwiał się raz i drugi, po czym upadł na wznak. Żyd bez pośpiechu podszedł do hrabiego. Osłuchał klatkę piersiową i zawyrokował cicho samemu sobie:

- Zdechł pies…

*   *   *   *   *   *   *

Powyższy wiersz jest fragmentem średniowiecznego poematu „Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią”. Najstarszy znany rękopis tego utworu pochodził z XV wieku. Podczas wojny zaginął. Wiersz za:  Witold Taszycki, Najdawniejsze zabytki języka polskiego, Ossolineum 1973

blog_pc_3628438_4414870_sz_obraz_261yuifcgyggghft

Zostaw komentarz więcej...

Trzy bajki – trzy cuda

przez , 29.wrz.2014, w mitologiapolska

Trzy bajki – Trzy cuda

 

Bajka angielska

 

Na party był zaproszony pewien bardzo znany lekarz. Jeden z gości, widząc go, ucieszył się. Podszedł i zaczął opowiadać o swoich chorobach, których wymienianie zabrało mu bardzo dużo czasu. Uprzejmy lekarz wysłuchał do końca, a gość zapytał go wtedy:

- No i co pan by mi na to poradził?

- Udać się do lekarza po poradę – odparł bez namysłu lekarz.

Bajka chińska

 

W Pekinie zachorował poważnie pewien mandaryn. Wysłał on swojego służącego, aby sprowadził mu najlepszego w mieście lekarza. A był zwyczaj w tym mieście, że lekarze zobowiązani byli wywieszać lampę, gdy któryś z ich pacjentów zmarł. Poszedł więc służący do miasta szukać lekarza, przed którego domem znajdzie najmniej latarni. Szedł i znalazł dom lekarza z trzema lampami.

- To nie tu – powiedział do siebie sługa i poszedł dalej. Znalazłszy dom z dwiema lampami, postąpił tak jak poprzednio. Nareszcie znalazł dom z wywieszoną jedną lampą.

- To tutaj – powiedział do siebie i wszedł do środka. Lekarz chętnie poszedł za służącym do pięknego domu mandaryna. Ten jednak nie był tak głupi jak jego sługa i zapytał doktora:

- Od kiedy jesteś lekarzem?

- Od wczoraj – usłyszał w odpowiedzi chory mandaryn.

 

Bajka polska

 

Działo się to w małym miasteczku w Polsce, przed wojną, a więc w czasach, kiedy ludzie słuchali księży, a swoją łatwowierność i naiwność dziedziczyli – syn po ojcu, a córka po matce, jak dziedziczy się kolor włosów i oczu, bo nic innego do dziedziczenia nie stało. Do sklepu z wędlinami weszła żebraczka i poprosiła jego właściciela o jałmużnę. Ponieważ w sklepie było dużo ludzi, handlarzowi nie sposób było odmówić, obawiał się bowiem donosu do proboszcza. Chociaż niechętnie, odkroił kawałek pasztetowej i wręczył go żebraczce ze słowami: masz kobieto i nie zawracaj mi więcej głowy, bo widzisz chyba, jak jestem zajęty. Żebraczka ukłoniwszy się do ziemi, odpowiedziała z pokorą: Bóg zapłać. Skąpy rzeżnik jednak nie mógł sobie podarować drwiącej uwagi: Ale babo, idż już idż, bo za Bóg zapłać nic na pewno nie kupię. Lecz kobieta z większą jeszcze pokorą odparła: Bóg zapłać – to święte słówko – pono najlepszą gotówką. Bezczelność – krzyknął wkurzony sprzedawca – widzieliście czego się babie zachciewa? – zwrócił się do obserwujących całe zajście klientów. Odpowiedziało mu wyniosłe milczenie. Nikt nie chciał komentować incydentu, więc facet wkurzył się jeszcze bardziej i postanowił dać żebraczce nauczkę. Nie zważał na to, że odgrywa tutaj zupełnie komiczne i nieprzyzwoite zarazem przedstawienie. Daj babo ten kawałek, który ci dałem położę go na jednej szali, a na drugiej karteczkę z napisanymi słowami Bóg zapłać i zobaczymy ile są warte – zawołał z uciechą. I tak zrobił. Ku wielkiemu swojemu zdziwieniu, musiał stwierdzić, że kartka z zapisanymi magicznymi słowami przeważyła, dorzucił więc do pasztetowej kawałek ozorowej – sytuacja powtórzyła się co do joty. Nerwowo dorzucił dwie parówki. Bez skutku. Potem pół kilograma. Bez rezultatu. Kilo szynki i cały pięciokilogramowy schab. Baba z pokornie spuszczoną głową stała przy ladzie i cicho się modliła. Wreszcie ośmieszony przy tylu świadkach handlarz, zapakował zdjęte z szali produkty i oddając je żebraczce, powiedział: No dobrze już dobrze, bo mi cały sklep wyniesiesz. Kobieta podziękowawszy jak wprzódy odeszła. Taki cud zdarzył się w Łobżenicy, półtora tysięcznym miasteczku w roku pańskim 1925.

Zostaw komentarz więcej...

Opowiadanie Pana Franciszka

przez , 03.wrz.2014, w mitologiapolska

Opowiadanie Pana Franciszka

(W Kościerzynie Małym tuż przed Dożynkami)

- Niech pani spojrzy na te dachówki na świetlicy. A mówiłem, przybijcie każdą jedną, tak żeby było mocno, jak najmocniej, bo poodpadają. Nie posłuchali. Zrobili po swojemu. Po pierwszej wichurze, właśnie z tego rogu, który wskazałem, odpadły wszystkie. Trzeba było założyć nowe. I znów mówię przybijcie wszystkie. A oni znów po swojemu, co trzecią, co czwartą i mówią: wiemy przecież jak zrobić. Ty, stary, nie musisz nam mówić. I niech pani spojrzy – znów wiszą, ledwo się trzymając. Wystarczy wiaterek i spadną – opowiada mi Franciszek Rzepecki, emerytowany nauczyciel z Kościerzyna Małego, wykorzystując chwilę mojego oczekiwania na sołtysa Wełniaka. Usiedliśmy na solidnej, dębowej, pobejcowanej ławce. Takich stoi tu kilkanaście przygotowanych na Dożynki. Jest wczesny poranek. Godzina może siódma, może trochę wcześniej. Słońce jaskrawo oświetla plac dożynkowy i pan Franciszek mrużąc oczy opowiada z pasją.

– Mamy 77 arów ziemi. Do niedawna moja żona Teresa, tez nauczycielka w tutejszej szkole, dzierżawiła szkolne 1,5 ha ziemi. O tu, niedaleko. Prawdę mówiąc potrzebne nam one były jedynie do ustalania podatku, bo za 77 arów liczy się od metra, a powyżej hektara, to traktują jak rolnika. Ale uprawialiśmy, bo ziemia ugorem nie może leżeć. Te półtora hektara należały do szkoły, ale szkołę zlikwidowali i zrobili tu świetlicę – wzdycha pan Franciszek – Może to i lepiej? I widzi pani kilka lat temu uparli się, żeby tę ziemię odebrać szkole, a dać gminie i gmina zabrała, bo niby będą dzielić na działki budowlane. I tak się stało. Przyjechali z geodetą, namierzyli, kamienie poustawiali, dziewięć działek wymierzyli, bo już mają kupców i lada moment działki będą sprzedane. Tymczasem na nieodrolnionej ziemi zielsko wyrosło na człowieka wysokie – emeryt nie wytrzymał i parsknął śmiechem – Pani sobie wyobraża? Tak osiem lat to zielsko tam rosło. Dopiero teraz, w tym roku, na Dożynki coś z tym musieli zrobić – pan Franciszek mimo woli zatarł ręce – Dali rolnikowi w dzierżawę i zasiał, a potem skosił i zaorał. Proszę spojrzeć, tam leży kupa tych kamieni oznaczających działki. Wykopali, bo były niepotrzebne – zachichotał znów wesoło Pan Franciszek, ale spoważniał nagle – Pani sobie pomyśli, ile niepotrzebnie wydano pieniędzy? Geodeta musiał dostać zapłacone i to zapewne niemało. Robotnicy również. Jakieś dokumenty do tego też pewnie były… – i stary nauczyciel westchnął i machnął ręką – Szkoda cokolwiek mówić – zasępił się, stuknąwszy palcem w czoło.

- A niedaleko tu, proszę przyjść zobaczyć. To stary budynek gospodarczy z pięknej cegły. Moja szwagierka, osiemdziesięcioletnia kobieta tam układa drzewo i węgiel, bo w piwnicy woda po pas. Chcą to zburzyć. Najpierw mieli przyjechać spychaczem i po prostu zrównać z ziemią, ale znaleźli jakieś przepisy, że nie wolno, bo trzeba rozebrać cegła po cegle i użyć gdzie indziej. Przed Dożynkami nie zdążyli, ale proszę powiedzieć: gdzie ta kobieta ułoży opał? – stary nauczyciel znów się zasępił – Żadna władza na człowieka nie patrzy. Pilnuje tylko własnego interesu – dodał z cicha.

- Coś jeszcze pani opowiem, ale to będzie na wesoło – uśmiechnął się pan Franciszek – Kiedyś niedawno, nie było mnie w domu, była jedynie żona. Przyjechał traktorzysta z SKR-u z listą dłużników i mówi, że z 1998  mamy niezapłaconą usługę, orkę chyba – już zdążyłem zapomnieć co.  Żona niewiele myśląc zapłaciła te 100 złotych rzekomego długu i 50 złotych naliczonych odsetek, i traktorzysta odjechał.  Dziwne to było, że sto złotych, a nie trzysta na przykład, bo tyle powinna kosztować prosta usługa rolnicza Znalazłem wszystkie faktury z danego roku i pojechałem do spółdzielni – nauczyciel znów zatarł ręce – Dogadałem się na tyle z księgową, że obiecała sprawdzić faktury z 1998  i albo potwierdzić  dług, albo nie. Ale kazała przyjechać następnego dnia. Nazajutrz pojechałem i okazało się, że wszystkie faktury miałem zapłacone. Wtedy pokazałem jej swoje i poprosiłem o zwrot pieniędzy. Gdy mi je oddawała, poprosiłem dodatkowo o odsetki za te kilka dni. Zdziwiona księgowa odparła, że nie może mi ich dać. Ja oczywiście żartowałem  – roześmiał się pan Franciszek wesoło – Ale udawałem poważnego – dodał po chwili.

- O, już prawie ósma… Słońce już wysoko. Trzeba do pracy, do ogrodu. To moja pasja. Do widzenia – zakończył pogodnie pan Franciszek i podawszy mi rękę oddalił się. Szedł krokiem sprężystym niby trzydziestolatek szosą, na tle której odbijała się jaskrawo jego flanelowa koszula w niebieską kratę.

AngelIMG_8991

2 komentarze więcej...

Przewrót w Piramowicach

przez , 21.sie.2014, w mitologiapolska

Przewrót w Piramowicach

( Fantazja prowincjonalna)

 

I

Katarzyna Rohde-Waśnicka z niesmakiem przeglądała jedno z pism kobiecych, kolorowe i bez treści, które zainteresować mogłyby młodą ambitną dziennikarkę, podróżującą dreamlinerem, przygotowującym się do lądowania na Okęciu. Szukała tematu, który powali na glebę naczelnego i da jej wreszcie możliwości rozwinięcia skrzydeł. Materiał jaki przywiozła z Francji był błyskotliwy i po obróbce może być interesujący, ale przeczytają go nieliczni, bo nie jest swojski i nie trąci typowym dla prowincji prostactwem. Tematu-pocisku musi szukać tu na miejscu i musi to być coś, co jeśli nie zabije to wstrząśnie zaściankową mentalnością rodaków. Zapięła pasy i spokojnie czekała na lądowanie. Było samo południe, gdy  opuściła lotnisko i taksówką podążyła do swojego mieszkania w Łomiankach Dolnych.  W taksówce odebrała wiadomość z redakcji.  Naczelny  prosi, by pojechała niezwłocznie do Piramowic i naocznie sprawdziła co się tam dzieje. Przygotowania trwały niedługo i Katarzyna mimo pewnego zmęczenia podróżą, po godzinie wsiadła do swojej toyoty i wyruszyła do Piramowic.

Czterotysięczne Piramowice, leżące w powiecie odolańskim okazały się interesujące już z samego wyglądu. Wąskie, kręte uliczki, obudowane przeważnie parterowymi lub jedno-dwu-piętrowymi zabytkowymi domami o polskich łamanych dachach, ze schodami przy wejściach wylegającymi daleko na chodnik, niby przedproża, nierzadko szachulcowe, posiadające ciężkie dębowe drzwi z okuciami, z kołatkami w kształcie lwich głów, pięknymi oknami, podzielonymi na wiele kwadratów, na których stały na wewnętrznych parapetach kolorowe orchidee lub jak tutaj nazywano storczyki. Centrum miasteczka stanowiły dwa pokaźnych rozmiarów place zwane Starym i Nowym Rynkiem, z fontannami, pięknymi ławeczkami, na których można było znaleźć siedzący posąg jednego z dawnych zasłużonych obywateli miasta, ze spiżu lub brązu, rabatami, pełnymi kwiatów, zabytkowymi gazowymi lampami ulicznymi, przystosowanymi dla elektrycznego oświetlenia. Ulice i place wyłożone były granitową kostką, a centrum było deptakiem, na którym na ławeczkach pod parasolami można było wypić piwo, colę, zjeść lody czy uraczyć się kawą serwowaną z licznych kawiarenek, bistr i pizzerii. Sklep przy sklepie o różnych branżach, ciekawych wystrojach i z niezwykle pięknym, ubranym w miejscowe stroje ludowe personelem  płci  przeciwnej. Nad miastem górowały dwie wieże kościołów katolickich i wieża widokowa powstała z odrestaurowanej wieży ciśnień.  Wschodnią część miasta okalała rzeka z bogatym hotelem w dawnym młynie na wyspie, nowoczesnym parkingiem i niezliczoną ilością kaczek, pływających swobodnie po lustrze wody. Zachodnią część miasta zamykało malowniczo położone jezioro, z ruinami średniowiecznego zameczku na wzgórzu i  pięknie wybudowanym bulwarem, czyli wyłożoną kostką granitową drogą nad krętymi brzegami jeziora. Centrum życia politycznego miasta stanowił okazały ratusz, także zabytek z podcieniami i stojącymi dla ozdoby na rabacie pręgierzem i dybami.

To czym miała zainteresować się młoda dziennikarka to pewien fenomen tego miasteczka, czyli ksiądz Stanisław Biegły, który na swoich mszach i kazaniach zbiera kilkanaście tysięcy wiernych. Wieść o niezwykłym księdzu obiegła cały katolicki kraj i do Piramowic w tej chwili przyjeżdżają wierni nawet z najodleglejszych stron.

Najprościej dla Katarzyny byłoby udać się wprost na plebanię i tam rozmawiać z interesującym ją księdzem. Nosem wytrawnej dziennikarki czuła jednak, że ten numer nie przejdzie, postanowiła więc zacząć od sondy ulicznej. Przedstawiała się jako dziennikarka ze stolicy powiatu. Pierwsze pytanie brzmiało: Czy znasz księdza Stanisława Biegłego? Następne nasuwały się same w toku rozmowy z ludźmi. Powoli z wypowiedzi rozmówców wyłaniał się obraz księdza Biegłego jako współczesnego Savonaroli, fanatyka religijnego i biegłego polityka jednocześnie. To, że ksiądz obdarzony był niezwykłą mocą oddziaływania na wyobraźnię tłumu, a jednocześnie charyzmatem przywódcy i kaznodziei nie ulegało wątpliwości. Spośród wielu wypowiedzi, tylko jedna z nich była w stosunku do księdza pozbawiona entuzjazmu, a nawet wyraźnie sceptyczna. Dlatego  wypowiedź  ta zainteresowała Katarzynę bardziej niż inne. Była wyjątkowa:  inteligentna i ironiczna.

Należała do dziennikarki miejscowego portalu informacyjnego  o popularnej tutaj nazwie „KochamPiramowice”, Eweliny Radzicz. Jak się okazało kobiety zrozumiały się bardzo prędko, gdyż Katarzyna – jak sądziła – znalazła to, czego szukała. Rzeczowej relacji na temat fenomenu Piramowic. Ewelina Radzicz była to dość otyła blondynka o niedbale rozwichrzonej fryzurze, kraciastej flanelowej bluzie i dżinsach oraz wiązanych na grubej podeszwie buciorach z brązowego zamszu. Nie była już pierwszej młodości i nie nosiła obrączki. Nie była więc zamężna. Gdy siedząc pod parasolem na deptaku, kobiety żywo ze sobą rozmawiały, Katarzyna przyznała się, że jest z Warszawy, z jednego z ważnych ogólnokrajowych pism. Ewelina nie zastanawiając się długo, zaprosiła ją do swego domu i zaproponowała zamieszkanie na czas obecności w Piramowicach.

AngelaneAugsburg_Niemcy_04m

II

Kobiety siedziały w obszernym, widnym pokoju wtulone w białe skórzane fotele i popijały drinka z cytryną w wysokich z przyciemnionego szkła szklaneczkach. Z rogu ze stylowego kominka cichutko dobiegało chrapliwe, zmęczone  swingowanie Billie Holiday, ulubionej wokalistki Eweliny. Katarzyna zdjęła kapcie i podciągnęła stopy pod siebie, tak że teraz siedziała wygodnie, całą sobą wsłuchana ciekawie w opowiadane przez Ewelinę rewelacje. Po chwili Ewelina zrobiła to samo ze swymi stopami i uśmiechnąwszy się znacząco relacjonowała spokojnie, nie bez właściwego jej sposobowi bycia ironicznego dystansu do tematu.

- Wszystko zaczęło się na wiosnę 2013 roku, czyli trzy lata temu. Do Piramowic przybył nowy, stosunkowo młody wikariusz, tak naprawdę nie wyróżniający się niczym szczególnym – na pierwszy rzut oka – rzecz jasna. Zadomowił się wkrótce, poznał ludzi, stosunki tu panujące, dostosował się do miejscowych obyczajów i nic nie wskazywało na to, że wydarzy się tu coś szczególnego, chociaż młody ksiądz Stanisław stał jakby z boku, w nic się nie angażując i nie komentując zastanych sytuacji. A w Piramowicach nie działo się dobrze. Władza od kilku kadencji skupiona była w rękach tych samych ludzi, którzy tworząc zamknięty krąg popierali się wzajemnie, olewając jednocześnie interes publiczny. Władza ta dysponowała niemałymi funduszami, które bogatym strumieniem szły z Unii Europejskiej. Została wybudowana kanalizacja, infrastruktura, odrestaurowana wieża ciśnień, zbudowany Orlik, nastąpiła renowacja parku miejskiego i rzeki. Realizowano projekty unijne w zakresie zwalczania bezrobocia czy przeciwdziałania patologiom społecznym. Niestety inwestycje te robione były niedbale,  nieumiejętnie,  nagminnie grzeszono zaniedbaniami, zaniechaniem i brakiem nadzoru budowlanego. Ogromne pieniądze szły w błoto, były marnotrawione lub trafiały do kieszeni kolesiów i klientów władzy. Przekręty były na porządku dziennym, a najgorsze z tego wszystkiego było to, że z finansowego boomu europejskiego korzystali nieliczni. Bieda, nędza i bezrobocie, pijaństwo, przemoc domowa, narkomania, brud na ulicach, zwierzęce odchody, powolna dewastacja niechlujnie remontowanych obiektów postępowały i nikt się szczególnie tym nie przejmował. Na sesjach rady dyskutowano te tematy, powstawały dokumenty, które miały zmienić ten stan rzeczy – wszystko jakby trafiał szlag. Dobra wola ludzi tonęła w marazmie, małości i podłości urzędującej władzy.  Tymczasem minęło pół roku i wtedy wydarzyło się to – tak właśnie to. Na głównej mszy w którąś z niedziel, mszy odprawianej przez proboszcza ludzi zebrało się jakby więcej i jakby na coś oczekujących. To tak, jakby ktoś ich uprzedził, że właśnie w tym dniu i o tej godzinie wydarzy się w kościele na mszy coś szczególnego. I rzeczywiście wydarzyło się. Z zakrystii wyszedł w asyście ministrantów ubrany w szaty liturgiczne proboszcz, by odprawić mszę, a za nim ubrany w białą albę z fioletową pokutną stułą wyszedł ksiądz Stanisław Biegły.  Najpierw ukląkł pobożnie przed ołtarzem, a potem na nagiej posadzce położył się krzyżem i trwał tak przez połowę mszy w skupieniu i modlitwie aż do kazania. Wtedy wstał i podszedł do mównicy, przywitał wiernych, pochwalił Boga i oznajmił, że podjął dziś pokutę za tych księży w Kościele, którzy dopuszczają się  grzechu pedofilii, gwałcąc dzieci i niszcząc ich psychikę na całe życie. Ta msza jest mszą ekspiacyjną, jego leżenie krzyżem pokutne, a modlitwa o to, by Kościół miał dość siły i odwagi, by walczyć z tym rozpowszechnionym wśród kleru procederem.  By dobry Bóg i Pan nasz Jezus Chrystus sprawił, by przypadki pedofilii wśród księży stawały się coraz rzadsze i, by Kościół był zdolny do dawania zadośćuczynienia ofiarom.  Niech Kościół nawrócenie, do którego wzywa Pan zacznie od siebie. Ksiądz Biegły mówił te słowa głosem spokojnym i cichym choć mocnym i odważnym. Zwrócił też uwagę na fakt wystawnego życia biskupów, bogactwa w Kościele, brak pochylenia się nad pojedynczym człowiekiem, instytucjonalne skostnienie i pazerność kleru na władzę i kasę. Gdy to mówił cisza panowała w kościele  niezmierna. Mogło się wydawać, że mowa młodego księdza słuchana jest jedynie przez puste ławki i nagie ściany i, chociaż kościół był pełen ludzi, nikt nie zakaszlał, nikt nie zachrząkał, wierni  nie śmieli oddychać.      I tak zaczęła się niezwykła kariera skromnego księdza, który dziś zbiera tłumy i panuje nad nimi, niby sam Jezus podczas Kazania na górze. Wiesz, Kasiu – zakończyła Ewelina niespodziewanie – nie wiem co się stało naprawdę, ale dziś ksiądz Stanisław nie mówi już o pedofilii i nie wzywa Kościoła do nawrócenia. Dziś treścią jego kazań jest zupełnie coś innego…

AngelaneBacharach_nad_Renem_24m

III

- W następnym, czyli 2014 roku zbiegły się ze sobą dwa ważne wydarzenia: obchody 800-lecia nadania praw miejskich Piramowicom i wybory samorządowe. Imprezy więc z nimi powiązane trwały cały rok. Urzędujący burmistrz Artur Zuzia, absolwent filologii polskiej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i radny, przywódca antyburmistrzowskiej opozycji Piotr Cezan, człowiek bardzo zdolny i posiadający inteligencję polityczną, aparycję i wizję rozwoju miasta,  prowadzili kampanię wyborczą już od stycznia. Artur Zuzia miał przewagę w tym, że mógł wykorzystać piastowane stanowisko  w kampanii. Robił to też bez skrupułów. Impreza goniła imprezę, a na nich lało się piwo strumieniami, raczono się zakąskami, kiełbaskami z grilla, zupą grochową i pieczonym prosięciem. Rozdawano nie tylko ulotki, ale także mnóstwo drobnych prezentów, jak: długopisy, notesy, kalendarze, a niekiedy zabawki dla dzieci. Burmistrz Zuzia kupował wyborców, nie wierząc w to, że któremuś z nich może naprawdę zależeć na przyszłości miasta. Programem politycznym więc się szczególnie nie przejmował. A tłumy waliły na jego imprezy, na które zapraszał także atrakcyjne zespoły muzyczne, a niekiedy teatry uliczne z bajkami dla dzieci. Piramowice bawiły się, oficjalnie świętując swój dostojny jubileusz. Piotr Cezan miał inną taktykę. Nie stronił rzecz jasna od przekupywania wyborców. Rozdawał koszulki, maskotki, długopisy, pocztówki z widokiem Piramowic i oczywiście ulotki. Wykorzystywał do tego imprezy burmistrza Zuzi, bo przecież oficjalnie nie były to imprezy wyborcze. Nie zaniedbał jednak prezentowania swojego programu wyborczego i swojej bardzo przekonującej wizji rozwoju miasta na licznych spotkaniach z wyborcami, wiecach i piknikach, które organizował samodzielnie wraz ze swym sztabem wyborczym. Mówić umiał przekonywująco, językiem zrozumiałym, choć  wcale nie prostym. Wyjaśniając zawiłości polityczne nie stronił od udanych metafor i porównań. I to zadecydowało o jego sukcesie, gdyż burmistrz Zuzia, nie będąc dobrym mówcą i nie posiadając praktycznie programu, lekceważył te sprawy.

Tymczasem ksiądz Stanisław, choć  nie mieszał się polityki pomógł swoimi ekspiacyjnymi kazaniami i pokutnymi mszami Piotrowi Cezanowi. Artur Zuzia, będąc absolwentem KUL-u i wychowany na tzw. tradycyjnym katolicyzmie z jego fasadowością, powierzchownością i brakiem głębszej refleksji, sądził, że jego pokazywanie się na mszach w pierwszej ławce i natrętne, a na pokaz uczestnictwo w eucharystii, a także krytyka księdza Biegłego, pomoże mu zachować „tron” Piramowic. Liczył na „moherowe berety”, których jak sądził w Piramowicach jest więcej. Tymczasem ksiądz Biegły bliższy duchowi chrześcijaństwa,  autorefleksji i autonawróceniu, zbierał zwolenników wśród zwyczajnych, normalnych katolików, normalnych katolickich rodzin, nie wyróżniających się ani szczególną dewocją, ani nawiedzeniem. A tych było najwięcej i to oni kochali księdza Stanisława,  za jego szczerość, dobroć, uczciwość, ale także za charyzmę i przywództwo duchowe. Oni też zagłosowali na program Piotra Cezana i choć rezultat wyborów był wyrównany, różnice punktowe między kontrkandydatami niewielkie, wygrało coś, co w życiu miasteczka było jakością nową i bardzo pożądaną.

- Nie chciałabym tu wznosić hymnów pochwalnych na cześć żadnego polityka – kontynuowała Ewelina – Ale zdaje się, że ta nowa jakość zaowocowała tym, że ludzie stali się bardziej otwarci, mniej zakłamani  i bardziej wierzący  naprawdę niż fasadowi. To było rzecz jasna zasługą księdza Stanisława. A więc Piramowice doczekały się nowego burmistrza, który mocną a wprawną ręką robił porządki w mieście, wśród pracowników urzędu, i po prostu na ulicach. Koteria kolesiów została przepędzona. Przetargi wygrywali rzeczywiście najlepsi, a nie ci z układów, a inwestycje realizowano mądrze, rzetelnie i skutecznie. Piramowice w osobie Piotra Cezana zyskały dobrego, umiejętnego i uczciwego gospodarza. Nie bez znaczenia były także jego zdolności przywódcze, które sprawiły, że zyskał sobie prawdziwy autorytet i wielokrotnie podniósł zaufanie do władzy.  Ludziom też zaczęło dziać się lepiej, choć  w ubogim mieście nie były to wielkie rewelacje, niemniej wielu zaczęło wierzyć, że z czasem poprawi się niejedno. Kasiu, to jak wyglądają dziś Piramowice, a szczególnie centrum, to zasługa Piotra Cezana.  Nie chcę tu prowadzić agitacji politycznej. Chcę tylko zwrócić uwagę na pewne fakty, których pominąć się nie da, jeśli chce się pisać o Piramowicach. Z mojej strony to tyle. Resztę, Kasiu zaobserwujesz sama. Jutro niedziela. Znów zbiorą się tłumy w kościele. Pójdziemy, byś mogła posłuchać księdza Stanisława osobiście. Myślę, że on sam także nie odmówi ci rozmowy.

AngelaneBad_Wimpfen_Niemcy_02m

IV

Po wygranych przez Piotra Cezana wyborach, ksiądz Stanisław postanowił spotkać się z nowym burmistrzem i porozmawiać. Tym bardziej, że uważał go za człowieka właściwego na właściwym miejscu. Ciekawiło go też i to, że nigdy nie widział nowego burmistrza w kościele. Zresztą nie widział go także wcześniej. Sądził, że Cezan nie lubi obnosić się ze swoją wiarą lub, że jest po prostu „letni”. Stanisław właśnie zaczynał przyciągać tłumy do kościoła – zjeżdżali  się na jego msze ludzie z całej gminy, a nawet z miast i gmin sąsiednich. W kościele zaczynało brakować miejsc, także stojących i powoli zapełniały się place, najpierw przed kościołem, a potem także parkingi na sąsiednich ulicach, gdzie rozmieszczano głośniki, by dotrzeć do wszystkich wiernych.  Ksiądz Stanisław zadzwonił do burmistrza, złożył mu gratulacje i zaproponował spotkanie. Burmistrz zaprosił księdza do swojego biura nazajutrz, więc dobrym chęciom księdza stało się zadość.

Gdy ksiądz Stanisław wszedł do gabinetu, Cezan wstał uprzejmie i przywitał się, po czym podsunął wysokie stylowe krzesło i zaprosił do spoczynku.

- Kawę czy herbatę? – zapytał uprzejmie

- Może być kawa – odpowiedział ksiądz. Burmistrz poprosił sekretarkę o dwie kawy i usiadł naprzeciwko księdza przy stoliku, na który niebawem sekretarka postawiła dwie mocne dobrze zaparzone, pachnące kawy i talerz ze słodyczami. Gdy wyszła. Cezan powiedział:

- Myślałem o księdzu. Czy wie ksiądz dlaczego? – zapytał prosto

- Nie mam pojęcia – równie prosto odpowiedział ksiądz Stanisław.

- Zamierzam księdza wykorzystać – powiedział z uśmiechem Cezan

- To interesujące – zrewanżował się uśmiechem ksiądz Biegły – A w jaki sposób?

- W polityce gospodarczej miasta zamierzam postawić na turystykę. Miasto ma walory krajobrazowe i urbanistyczne, a ponadto pełne jest zabytków (łącznie z księdza kościołem), o które tylko należy zadbać z pietyzmem godnym ich dostojnego wieku. A księdza zamierzam wykorzystać jako wabik

- Pan jednocześnie żartuje i mówi prawdę – zaśmiał się ksiądz – to jest dobra myśl, a ja dam się wykorzystać dla dobra tego miasta i ludzi, którzy tu mieszkają – dodał z przekonaniem

- Jestem niewierzący – mówił Cezan – Ale mam pewien plan rozwoju tego miasta i w związku z tym potrzebuję ludzi, ludzi wybitnych, przedsiębiorców, radnych, stowarzyszenia pozarządowe, placówki społeczno-kulturalne i nie wiem co jeszcze, by ten plan urzeczywistnić. Ukułem nawet hasło pod którym chcę tych ludzi zebrać. Bo nieważne są poglądy polityczne,  spory światopoglądowe, nie ważne kto kim jest, ważne żeby chciał i umiał pracować dla miasta. Naszą partią są Piramowice. Czy ksiądz chce do tej partii należeć?  – zapytał

- A czy mogę o cos zapytać? – odpowiedział pytaniem ksiądz

- Proszę – uprzejmie pozwolił gospodarz

- Proszę mi wybaczyć – zająknął się ksiądz – Nie mam nic przeciwko ateistom,  agnostykom, ludziom niepraktykującym czy wyznawcom innych wyznań. Dla mnie wartością nadrzędną jest to czy jesteśmy dobrymi ludźmi. Dlatego pozwoli pan, że zapytam o pana poglądy etyczne. Rzecz jasna pytanie moje nie wynika z braku zaufania do pana, o nie. Jedynie z czystej ciekawości, jako że interesują mnie różne rozwiązania problemów etycznych i filozoficznych. Mogą one stanowić przyczynek do własnych przemyśleń i zapatrywań.

Piotr Cezan uśmiechnął się ironicznie. Postanowił jednak powiedzieć prawdę temu dziwnemu księdzu,  wzbudzającym tyleż zaufania co  sympatii.

- Chce ksiądz ze mną podyskutować – powiedział – Chętnie. Zapewne znajdziemy wspólny język, co nie znaczy, że będziemy się we wszystkim ze sobą zgadzać. Zostałem wychowany na filozofii egzystencjalnej i podstawową dla mnie wartością jest wolność.  Ale wiem, że  absolutna wolność nie istnieje. Absolutnie wolnym nie jest nawet Bóg i to jest paradoks, nad którym niech się głowią teologowie. Ja  mówię o wolności człowieka. Co ogranicza wolność człowieka? Wolność drugiego człowieka i trzeba mieć w sobie wiele wrażliwości na tego drugiego, żeby odnaleźć tę granicę. Nie zgadzam się z teoriami filozoficznymi, które wolność negują całkowicie. Dla mnie wolność jest imperatywem moralnym. I bez tej wolności wybór między dobrem a złem jest niemożliwy. Nie zgadzam się też z chrześcijańską koncepcją, która różnicę między dobrem a złem opiera na systemie zakazów i nakazów, który zupełnie nie uwrażliwia na drugiego człowieka. Wręcz przeciwnie uczy bezwzględnej walki o względy tych, co są silniejsi: rodziców, nauczycieli, księży.  Jak zresztą każdy system kar i nagród.  Dla mnie kluczową sprawą uwrażliwiającą na tego drugiego jest – przeciwnie niż w chrześcijaństwie – wewnętrzna niezgoda na cierpienie. Przeciwnego zdania może być tylko ten, kto nigdy w życiu nie cierpiał. Biskup, który zajmuje się głównie ucztowaniem, nadużywaniem dóbr wszelkich, a także władzy i… hodowlą danieli na swój biskupi stół, na terenie, który wyłudził od państwa, wygłaszający  kazanie o cierpieniu,  jest – mówiąc delikatnie – niewiarygodny. Wiszące w każdym miejscu w naszym kraju wizerunki cierpiącego człowieka, umierającego na krzyżu – też na cierpienie nie uwrażliwiają. Wręcz przeciwnie. Obraz ten staje się pospolity i codzienny, a zatem taki, do którego wszyscy się przyzwyczaili. Modlitwy rozważające cierpienia Jezusa lub litanie do części jego ciała powodują łzy współczucia wobec jego cierpienia. Osobiście znam takie dewotki i takich dewotów, którzy płacząc nad tymi modłami, obojętnie przechodzą obok prawdziwego cierpienia w życiu, a nierzadko je wyśmiewają. Ktoś, kto jest naprawdę wrażliwy na cierpienie, nigdy nikogo nie skrzywdzi, ani człowieka, ani zwierzęcia. Ktoś, kto godzi się na cierpienie (przeważnie cudze, nie własne), będzie także je zadawał – z premedytacją. A więc wolność jako imperatyw moralny i wewnętrzna niezgoda na cierpienie – to moim zdaniem to, co warto w sobie wypracować. A poza tym wolno wszystko! Wolno się bawić, wolno się śmiać, a przede wszystkim wolno, a nawet trzeba być szczęśliwym! Wolno, a nawet trzeba kochać życie! Tylko, że to jest wielka sztuka i naprawdę niewielu to potrafi…

Gdy Cezan umilkł, nastąpiła cisza. Cezanowi niezręcznie było teraz kontynuować rozmowę, odbicie piłki należało do księdza. Ten jednak zamyślił się głęboko i jakby zapomniał o rozmowie. Dopiero po chwili, gdy zniecierpliwiony Cezan chrząknął, ksiądz Stanisław obudził się z zamyślenia. Spojrzał na burmistrza i powiedział cicho, jakby z pokorą:

- Kto wie, czy nie jest pan bliżej Jezusa niż niejeden wysoko postawiony ksiądz. A co do współpracy, to chętnie ją podejmę. Jeśli będę mógł w czymś pomóc, proszę dzwonić. Zapisuję się do pana partii o nazwie Piramowice. Może pan na mnie liczyć – ksiądz wstał i pożegnawszy się, wyszedł z gabinetu.

Wracając do domu, wstąpił na plebanię, gdzie proboszcz oznajmił mu, że ma wezwanie do biskupa i musi pojechać do kurii, by zdać relację ze swojej służby Kościołowi.

AngelaneDinkelsbuhl_Niemcy_11m

V

Ksiądz Biegły miał być w kurii punktualnie o trzynastej. Nie spieszył się więc zanadto, gdyż czasu na dojazd z Piramowic miał dużo. Zdążywszy na czas punkt trzynasta zapukał do kancelarii biskupa. Otworzył mu sekretarz. Ksiądz Stanisław zaanonsował się i oznajmił, że jest z biskupem umówiony na trzynastą. Sekretarz  poinformował, że biskup jest w tej chwili zajęty i kazał czekać w przedpokoju. Młody kapłan wyszedł posłusznie i usiadł na jednym z niewygodnych krzeseł. Tymczasem biskup rozmawiał przez telefon z kolegą po fachu z sąsiedniej kurii. Rozmowa nie była ważna. Miała raczej ton towarzyski i dość luźny. Kończąc biskup pozdrowił kolegę i dodał:  - Mam tu pewnego młodego niepokornego księdza. Kazałem mu czekać i to trochę potrwa – trzeba żeby zmiękł – i biskup roześmiał się beztrosko.  Odłożywszy słuchawkę udał się do swoich apartamentów, by w towarzystwie dwóch profesorów seminarium spożyć wystawny obiad. Potem położył się na krótką drzemkę i dokładnie o 15,30 wrócił do kancelarii, by spotkać się z księdzem Biegłym. Młody ksiądz wprowadzony przez sekretarza był co nieco onieśmielony. Korpulentna postać biskupa przedstawiała mu się w pełnym majestacie kościelnej władzy i godności . Była uosobieniem dobra. Przykląkł pokornie na jedno kolano, pochylił głowę i ucałował podany pierścień. Biskup odmówił krótkie błogosławieństwo i położywszy łaskawie dłoń na jego głowie, spojrzał w sufit. Po chwili kazał usiąść księdzu Stanisławowi, a sam podszedł do okna i przyglądał się chwilę ruchowi na ulicy, po czym odwróciwszy się powiedział dostojnie.

– Czy ksiądz wie, że ksiądz grzeszy?

– Ja? – zdziwił się młody kapłan, a po chwili spuszczając pokornie głowę dodał – Zapewne, jestem grzesznikiem i niegodnym sługą waszej ekscelencji.

Eeeee – żachnął się biskup – Ksiądz grzeszy nadgorliwością – oznajmił

- Jak to? – zapytał ksiądz Stanisław – Czy w służbie naszego Pana można być nadgorliwym?

- Można. Nie zapomnij, że obrazem Chrystusa na ziemi i jego oblubienicą jest Kościół. Nie można służyć Chrystusowi, nie służąc Kościołowi.

- Ależ ja służę Kościołowi! – wykrzyknął kapłan – Najlepiej jak umiem!

- To znaczy, że niewiele umiesz i niewiele wiesz!

- Jak to? – powtórzył pytanie ksiądz.

- Kościół reprezentuje majestat Chrystusa, jego władzę i jego moc. Rozumiesz? A ty oskarżasz Kościół o grzechy, które są zbyt małe w świetle jego majestatu i z tego powodu niewarte nagłaśniania. Ale zbyt wielkie w stosunku do oczekiwań wiernych, którzy uważają, że Kościół będąc świętym, powinien być bezgrzeszny. Jesteśmy wszyscy Kościołem i jako tacy podlegamy grzechowi, jako ludzie. Kościół natomiast jest święty i jego grzech nie dotyczy – tłumaczył biskup.

- Nie bardzo rozumiem – zwątpił Stanisław

- Nie masz rozumieć. Masz wierzyć! Dlatego musisz zmienić treść swoich kazań. Pedofilia w Kościele to nie jest temat, który ma rozpalać umysły wiernych. Im trzeba znaleźć wroga zewnętrznego, którego znienawidzą i tak przylgną  do Kościoła, który ma moc, by ich przed tym wrogiem obronić. Ateiści, bezbożnicy…

- Ja myślę, że ateiści to nie są źli ludzie. Myślę, że gdyby udało mi się z którymś z nich porozmawiać, wróciłby do Jezusa. Zawsze chciałem rozmawiać z ateista, a nawet mieć w nim przyjaciela – przerwał ksiądz.

Biskup zirytował się.

- Znów grzeszysz nadgorliwością…

- Przypowieść o zagubionej owcy – kontynuował młody ksiądz

Biskup cofnął się w głąb pokoju, by jego rozmówca nie dojrzał złości w jego twarzy.

- Ateiści wymyślili ideologię gender. Jest to wielkie zagrożenie dla wiary, rodziny, tradycyjnych wartości. To marksizm w nowym wydaniu, to gorsze niż hitleryzm, to… to… – biskup nie posiadał się z oburzenia.

- Nasz Pan Jezus Chrystus – zaczął ugodowo Stanisław

- W Kościele ja jestem twoim panem – zagrzmiał purpurat

Ksiądz Stanisław spojrzał na biskupa jakoś dziwnie. Nie widział już majestatu Kościoła. Przed nim stał zwykły drań z nalaną obwisłą twarzą, wyłupiastymi oczyma i wydatnymi obleśnymi wargami, z wielkim brzuchem i tłustym dupskiem. –  Mały  żałosny człowieczek, który nie ma dość siły, by rządzić samym sobą, rządzi Kościołem – pomyślał i spuścił wstydliwie oczy. Podjął jeszcze jedną próbę porozumienia:

- Pan nasz Jezus Chrystus zakazał nienawiści…

- Zniszczymy cię jak Lemańskiego. Żegnam – biskup wyszedł zamykając za sobą drzwi.

AngelaneEberbach_Niemcy_atrakcje_04m

VI

Ksiądz Biegły wsiadł do samochodu i położył dłonie na kierownicy. Siedział tak przez chwilę zaciskając palce i wpatrując się przed siebie w głąb zupełnie pustej bocznej uliczki, gdzie zaparkował swój samochód. Zrobiło mu się gorąco, więc rozpiął koszulę i zdjął koloratkę, którą położył obok. Nie chciał rezygnować z kapłaństwa. Uważał, że zbyt wiele ma do zrobienia dla Jezusa. Może będzie możliwy jakiś kompromis? Może władza odpuści, gdy dowie się, że ludzie go kochają i szanują. Ale zwątpił. Lemańskiego tez ludzie kochali i szanowali a przegrał.  Nagle ruszył z piskiem opon i jadąc dość szybko i dość nieuważnie, wyjechał z miasta. Zatrzymał się w połowie drogi przy małej restauracyjce, na parkingu, gdzie oprócz niego stało tylko jedno auto. Wszedł do środka i podszedł do baru. Zamówił setkę i wypił duszkiem. Przez moment myślał, że zwymiotuje, ale popiwszy coca colą zamówił następną. Wypił i tę i jeszcze jedną. Po czym wstawiony, zapłaciwszy wyszedł na parking. Jechał sprawnie, śpiewając głośno jakieś piosenki studenckie, które przypomniały mu się z czasów, gdy zanim poszedł do seminarium, studiował psychologię na UAM. Piosenki były wesołe i zabawne, a nawet nieco nieprzyzwoite. Rozluźniony i na lekkim rauszu stanął wreszcie w Piramowicach przed swoją małą, ale przytulną wikariatką. Pierwsze kroki skierował do łazienki, gdzie wsadziwszy do gardła dwa palce, zwymiotował. Potem położył się na łóżko i zasnął. Gdy się obudził, była noc. Czuł się chory i rozstrojony, ale nie sądził, żeby przyczyną tego stanu był alkohol. Czuł, że jest chory na duszy, przygnębiony i słaby jak dziecko. Powodem była, rzecz jasna, rozmowa z biskupem. Przeleżał bezczynnie do rana z otwartymi oczyma i zamkniętym sercem. Rano zapukał do niego proboszcz.

- Oho! Widzę, że dali ci w kość! – zażartował – Przejdzie ci. Trzeba być twardym chłopie. Przestań być mięczakiem i mazać się bez powodu. Nie takim jak ty władza dała po nosie. Trzeba się pozbierać. A na niedzielę przygotuj kazanie, by ludzie się na tobie nie zawiedli. Zapal Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek – dodał. – Wiesz, kiedyś nie było mikrofonów w kościołach i jak ksiądz zagrzmiał z ambony niedzielne kazanie, to ludzie płakali. Dziś są mikrofony, lepiej słychać, co mówi ksiądz, a ludzie się śmieją. Z ciebie nie. Z ciebie się nie śmieją, bo ty masz szczęście – masz talent i charyzmę. Ludzie cię kochają. Ech, ech… – proboszcz pocieszywszy w ten sposób Stanisława, wyszedł i zamknął drzwi. Ksiądz Stanisław wodził palcem po ścianie, rysując niewidzialne figury. Przeleżał tak trzy dni do niedzieli, nie śpiąc, nie jedząc, nie myjąc się. W niedzielę rano wstał i wziął prysznic, a na jedenastą  poszedł do kościoła. Tym razem nie leżał krzyżem, a  koncelebrował mszę. Gdy przyszła pora na kazanie, zaczął improwizację. Mówił głosem ciepłym i głębokim. Nie znosił monotonności, która charakteryzowała kazania innych księży, z ich natrętną i głupią intonacją, jak przy ludowych przyśpiewkach.  Na takich kazaniach, na dodatek zupełnie oderwanych od życia, z treściami jak z kiczowatej literatury, ziewał i nudził się niemiłosiernie. Gdy postanowił zostać księdzem, przyrzekł sobie, że nigdy nie będzie mówił takich kazań.  Dziś mówił o rodzinie. O swojej rodzinie. O mamie wykładowcy filologii klasycznej na UAM,  ojcu  dziennikarzu – ateiście i siostrze studiującej informatykę. Kochał tę rodzinę całym sercem i uważał jej model za tradycyjny, choć widział jak ojciec pomaga mamie czyścić okna, odkurzać dywany, a nawet myć naczynia. Sam był wychowywany liberalnie, podobnie jak siostra i podobne mieli obowiązki i prawa w tej kochającej się rodzinie. Wierząca była mama, która dała mu intelektualne podstawy wiary. Czytał z zapałem nie tylko myślicieli katolickich, ale także genialnych Pascala i Kierkegaarda. Miał okazję poznać nawet Sołowiowa. Znał pisma protestantów i nie przeszkadzało mu to być dobrym katolikiem. Wręcz przeciwnie, nauczył się tolerancji i szacunku dla ludzi o odmiennych poglądach.  Ojciec z przychylnością patrzył na jego zainteresowania intelektualne, nie przeszkadzał i nie przekonywał do ateizmu. Dziwnym trafem, a może wcale nie dziwnym, siostra Ania poszła w ślady ojca i została ateistką. Ją oprócz informatyki interesowały astronomia, fizyka, teoria ewolucji i na tych podstawach opierała swój światopogląd. Ksiądz Stanisław nie sądził, by jego rodzinie zagrażały Gender Studies. Nie uważał, by zagrażały one jakiejkolwiek kochającej się  i szanującej się rodzinie. Gdy przyszło mu jednak mówić na kazaniu o gender,  o jego zagrożeniach, marksizmie i hitleryzmie, czuł, że to kłamstwo zniewoli go na zawsze. I czuł jeszcze jedno: pustkę duchową, którą wypełniła prawem naczyń połączonych nienawiść do biskupa. Gdy msza się skończyła z uczuciem ulgi wrócił na wikariatkę. Za nim przyszedł proboszcz.

- Świetne kazanie, bracie! Wilk syty i owca cała! Biskup będzie zadowolony. Zobacz, dyktafon. Kazał mi nagrać. Jeszcze dziś trafi do jego rąk, he, he… – proboszcz roześmiał się rubasznie – Co się z tobą dzieje? Weź się w garść, chłopie – dodał wpatrując się w dziwną minę młodego księdza – Eeee tam, lepiej sobie pójdę…

Ksiądz Stanisław otworzył lodówkę i wyjął z niej pół litra wódki. Otwierając, szeptał przez zaciśnięte zęby:

- Jak ja go nienawidzę! Nienawidzę! Jezu, na co mi przyszło?

Angelaneeinbeck_21m

VII

Minęły dwa lata, podczas których życie miasteczka toczyło się dwutorowo. Ksiądz Stanisław zbierał coraz więcej słuchaczy , teraz już z całej Polski, a burmistrz Cezan pracował dla dobra miasta. Jego zasługą jest odnowione centrum wraz z głównymi zabytkami, placami, ulicami, sklepami, bistrami, pizzeriami, kawiarenkami. Bulwar nad jeziorem, hotel na wyspie, parkingi, amfiteatr na wodzie i odnowione elewacje prywatnych budynków, jako że polityka podatkowa burmistrza sprzyjała takiemu rozwojowi miasta, by Piramowice stały się turystyczną stolicą regionu. Dzięki podatkowej polityce Cezana powstały też niewielkie przedsiębiorstwa prywatne, zaopatrujące miejscowe lokale w produkowaną na miejscu żywność i dały pracę ludziom.  Tymczasem Artur Zuzia konsolidował opozycję. Zebrał swoich klientów, w tym kibiców miejscowego klubu sportowego, ludzi młodych, nie mających pracy i widoków na przyszłość, niezadowolonych, sfrustrowanych i zwyczajnie takich, którzy spodziewali się po Arturze niemałej dzikiej chryi. Wpadł na pomysł, by w celu zdyskredytowania burmistrza wykorzystać kazania księdza Stanisława Biegłego. Zaczął więc rozpuszczać pogłoski, że Cezan wprowadza do przedszkoli ideologię gender, uczy dzieci masturbacji i przebiera chłopców w sukienki. W mieście zawrzało, gdyż nikomu nie przyszło do głowy, że ze strony byłego burmistrza może nastąpić atak na władzę pozbawiony podstaw. Wszyscy słuchali kazań księdza Biegłego o zagrożeniach ideologia gender, o błędach feminizmu i obłędnej tezie o równości  i wolności wszystkich ludzi.

Nie wszystkie kazania księdza Biegłego traktowały o gender i zagrożeniach dla wiary i tradycyjnych wartości. Były kazania poświęcone Ewangelii, Jezusowi, Soborowi Watykańskiemu II, były kazania pobudzające do refleksji, do śmiechu, były kazania poświęcone osobistym dylematom księdza, choć nikt nie podejrzewał, że mówi o sobie. Te tematy odprężały go i powodowały, że czuł się lepiej moralnie, nie kłamał i nie pobudzał do nienawiści. Dowodził samemu sobie, że stać go na przyzwoitość, mimo wszystko. Mimo fanatyzmu z jakim głosił nienawiść do gender, mimo swojego w ogóle fanatyzmu, którym przykrywał pustkę duchową, jaka nie opuszczała go od czasu rozmowy z biskupem. Momentami był cyniczny i naprawdę nie wierzył w nic. Jego fanatyzm, który nazywał miłością potęgował się wtedy jeszcze bardziej, a zależność była prosta: im więcej pustki duchowej, tym więcej fanatyzmu, który z kolei potęgował tę pustkę jeszcze bardziej. To było jak narkotyk, jak uzależnienie, z którego nie ma rozsądnego wyjścia. Kiedy wspominał swoje początki, swoja wiarę, szukał daremnie w sobie tej iskry Bożej, tego powołania, które jak sądził wtedy w nim było. Nie pozostało po tym nawet śladu. Tłumy zbierał wielkie, z całego kraju. Widział jak coraz więcej wśród tych ludzi zawodowych bojowników katolickich, obrońców krzyża, moherowych beretów, oszołomów i  wszelkiej maści nawiedzonych. Coraz więcej było transparentów, krzyży, świętych obrazów, różańców kolosalnych rozmiarów i innych dziwnych rekwizytów. Drażniła go ta manifestacja, bo uważał, że słowa Ewangelii o modlitwie w ukryciu są jak najbardziej na miejscu i nigdy nie straciły na aktualności. Dlatego żałował, że coraz mniej na jego kazania przychodzi zwykłych skromnych, uczciwych katolików, którzy chcieliby usłyszeć  o Bogu, nie o szatanie, o miłości, nie o nienawiści, o nadziei, a nie o nieustannym wojowaniu z wymyślonymi wrogami. Tęsknił do takich słuchaczy i do nich chciał mówić najbardziej.  Nie wiedział dlaczego postępuje wbrew sobie i nie chciał wiedzieć. W dzisiejszą niedzielę znów mówił o zagrożeniach gender. Wyciągnął ze starej biblioteki proboszcza cytaty z pism niektórych świętych średniowiecza, które Kościół do dziś uważa za swój zasadniczy kanon i jakby na ironię, z całym cynizmem podał do wierzenia zgromadzonym ludziom niedorzeczności, jakie tam znalazł. Z premedytacją myślał: przełkną czy nie? Ksiądz Stanisław mówił:

- Entuzjaści gender mówią, że propagują równość, a tak naprawdę promują nienaturalne wynaturzone zupełnie i pozbawione Boga role seksualne. Idea równości płci nie jest zgodna z nauką Kościoła! Już św. Tomasz z Akwinu mówił, że „Kobieta jest błędem natury, rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny”, a jej wartość polega na „zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych”. Św. Augustyn pisał, iż „To naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie”. Św. Jan Chryzostom, biskup głosił, że „Kobiety są przeznaczone głównie do zaspokajania żądz mężczyzn”. Tej nauki Kościoła się trzymamy i ona nas wszystkich obowiązuje. Równość miedzy kobietą, a mężczyzną jest wymysłem lewackich działaczy, którzy chcą by kobiety stały się mężczyznami, a mężczyźni żeby byli gejami!

Ksiądz Stanisław widział jak wśród tłumu rośnie entuzjazm i podziw dla niego, a fanatyzm dla przedstawionych treści. Tu i ówdzie odezwały się okrzyki: – Brońmy krzyża! Brońmy Ewangelii! Brońmy dziecka poczętego! – szmer oburzenia rósł w tłumie. A tłum falował od tych słów, od tych rozpalonych emocji, od pragnienia osiągnięcia raju tu i teraz, od pragnienia prześladowań, męczeństwa i śmierci.

Na mównicę wszedł proboszcz i poinformował, że były burmistrz Piramowic Artur Zuzia wraz z nauczycielka przedszkola Natalią Lewandowską maja cos pilnego do powiedzenia. Jako że wykryto w przedszkolu w Piramowicach rzeczy straszne i niegodne, które trzeba natychmiast przerwać, bo krzywdzone są dzieci.  Bez zgody i wiedzy rodziców odbywają się lekcje useksualniające dzieci i tworzące klimat niemoralności i zgorszenia.

Wśród ludzi zawrzało. Jeszcze Artur Zuzia nie zdążył nic powiedzieć, a wśród tłumu już odzywały się złowrogie głosy, a oburzenie tłumu rosło z każdą chwilą. Artur Zuzia wszedł na mównicę. – Jestem byłym burmistrzem Piramowic. Znacie mnie, moje osiągnięcia i moją pracę w pocie czoła dla dobra Piramowic. Dziś burmistrzem jest Piotr Cezan, ateista, człowiek bez zasad i honoru. To on kazał wprowadzić do naszego przedszkola projekty gender. Nie zapytał o zgodę rodziców, ani nauczycieli. Dziś w przedszkolu naucza się dzieci masturbacji, przebiera się chłopców w kolorowe sukienki i każe myć naczynia, rzecz jasna w formie zabawy. Tu jest nauczycielka przedszkola pani Natalia Lewandowska. Ona wam powie prawdę – były burmistrz ustąpił miejsca na mównicy przedstawionej kobiecie.  Przedszkolanka stanęła na mównicy i powiedziała: – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – tłum odpowiedział:  - Na wieki wieków amen. – Nasza wiara jest zagrożona. Zagrożona jest nasza rodzina, nasze wartości, w które wierzymy, krzyż i moralność publiczna – mocnym głosem kontynuowała nauczycielka – Dziś promuje się wynaturzone ideologie, by deprawować nasze dzieci. By zniszczyć polskie rodziny. W naszym przedszkolu zarządzeniem odgórnym wprowadzono ideologię gender, nie informując rodziców. Kazano mi mówić dzieciom o masturbacji, o ciele, o seksualności i wmawiać im, że to normalne ludzkie zachowania. Widziałam jak w jednej z grup chłopcy paradowali w sukienkach, a dziewczynki stały z batem nad nimi i poganiały ich do sprzątania…

Tłum nie wytrzymał. Przewracając ławki ludzie zaczęli przepychać się do wyjścia. Ktoś krzyknął: – Na burmistrza Cezana! – Tłum ruszył wzburzony i wściekły, tratując po drodze bardziej opieszałych. Nawet tych, którzy nie mieli zamiaru brać udziału w tej dzikiej chryi, musieli podążać z tłumem, popychani jego bezwładnością. Ktoś krzyknął na czele: – Rewolucja Narodowa! Na śmierć z nim! Powiesić go! Precz z gender! Brońmy nasze dzieci przed deprawacją!- Mohery podjęły śpiew: – Króluj nam Chryste zawsze i wszędzie! – Falujący tłum walił, śpiewając wprost na Osiedle Słoneczne, gdzie mieszkał burmistrz Cezan z rodziną.

- Jezu! Oni go zabiją – szarpnęła księdza Stanisława za rękaw jakaś kobieta – Niech ksiądz ratuje! Stanisław stał do tej pory na uboczu i obserwował tłum. Teraz zakrył twarz dłońmi, jakby nie chciał niczego widzieć, niczego wiedzieć, od wszystkiego się odciąć, uciec i zapomnieć. Kobieta szarpnęła raz jeszcze. – Proszę księdza! Błagam! – Była to Ewelina Radzicz, Ksiądz poznał popularną dziennikarkę i powiedział: – Chodżźmy! Czym prędzej! – Widzieli, że nie przecisną się przez gęsty tłum. Ksiądz porwał za rękę Ewelinę i wybiegli przez zakrystię. Trzeba było biec bocznymi ulicami, okrężną drogą, która zabrała niemało czasu. Ewelina została w tyle. Ksiądz Stanisław pobiegł co sił i modlił się w duchu, by zdążyć na czas. Gdy przybył, tłum szarpiąc i popychając, wyprowadzał z domu Piotra Cezana, jego żonę i dziesięcioletnią córeczkę. Gdzieś głośno ujadał pies. Przywódcy tego tłumu wywijali grubymi linami, które nie wiadomo skąd wzięli. Tłum falował: – Powiesić ich! Tu na drzewie. – Jeden z młodych mężczyzn chwycił żonę Cezana za kark i popchnął brutalnie w kierunku drzewa. Kobieta krzyknęła histerycznie. Cezan rzucił się na mężczyznę i wtedy przepychając się przez tłum, rozpoznany przez napastników stanął ksiądz Stanisław Biegły.

- Ludzie co robicie! – zawołał – to morderstwo! Nasz Pan Jezus Chrystus zabrania takich czynów! – wołał głośno, lecz tłum nie reagował, a młodzi ludzie, którzy powalili na ziemię Cezana  i kopali go, zawołali na księdza!

- Patrzcie obrońca się znalazł! Zejdź księże z drogi! – odepchnęli go, lecz ksiądz nie tak łatwo dał się zniechęcić. Odepchnął z koli napastnika i podał rękę Cezanowi, który podniósł się z ziemi. W zamieszaniu, wyrwała się z rąk oprawcy małżonka Piotra i przytuliła się do męża. Ksiądz widząc, że ma pewną przewagę, zagrał vabank. Zasłaniając całym sobą rodzinę Cezana, zawołał z mocą:

- To powieście i mnie!

Tłum nagle umilkł Pierwsze opamiętały się mohery. Powoli zabierając swoje nawiedzone krzyże i transparenty, zaczęli odchodzić. Tłum rzedł. Na placu przed domem Cezana została tylko żelazna gwardia Artura Zuzi. On sam, przestraszony przebiegiem wydarzeń umknął już wcześniej, nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za morderstwo. Ksiądz triumfując przyglądał się napastnikom. Ku jego zdumieniu zauważył na ich koszulkach napisy: Powstanie Warszawskie – 63 dni chwały, Szare Szeregi, Armia Krajowa, Narodowe Siły Zbrojne, ktoś miał nawet wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Dzielne chłopaki stały jakoś głupio. Ktoś gwizdnął. Ktoś inny zawołał: – Oddział rozejść się! – ale wywołał tylko  śmiech. – Rudy, rzuć te sznury! – zarechotał ktoś inny. – W tył zwrot! Naprzód marsz! – Padł rozkaz, ale nikt go nie posłuchał.  Odchodzili pojedynczo lub małymi grupkami. Powoli plac opróżnił się. Zostali na nim tylko Cezan z rodziną i ksiądz Biegły.

- Uratował nam ksiądz życie – powiedział Cezan

- Niech pan stąd wyjedzie, czym prędzej. Tłum jest nieobliczalny. Gotowi tu wrócić jutro – powiedział ksiądz z troską w głosie.

- Jasne, ma ksiądz rację. Zaraz zbieramy się do drogi. – powiedział burmistrz – Bez żalu – dodał i podał dłoń Stanisławowi.

- Dziękuję – powiedział

Ksiądz zmieszał się trochę, ale uścisnąwszy dłoń burmistrza, odszedł w kierunku miasta.

Piotr Cezan i jego rodzina weszli do domu.

- Tatusiu, co oni od nas chcieli? – zapytała łkając dziewczynka

- Nie wiem córeczko, ale musimy stąd natychmiast uciekać – Piotr przytulił córkę i żonę. Joanna zapakowała trochę rzeczy dla córeczki, a Piotr skompletował dowody osobiste, prawa jazdy i karty kredytowe.

- To najważniejsze – powiedział. Zdjęli z siebie podarte przez napastników ubrania i przebrali się w wygodne stroje podróżne. Piotr wyprowadził z garażu samochód. Pierwsza radośnie wskoczyła sunia husky, a za nią usadowiła się mała Marta. Piotr nieodmiennie dokładny osobiście zamknął tylne drzwi samochodu. Wsiedli z Joanną, on za kierownicę, ona obok.

- Musimy zostawić dom i cały dorobek naszego życia – załkała Joanna

- Nie martw się. Będziemy mieli lepszy – powiedział ciepło Piotr i Joanna ufając mężowi bezgraniczne, uspokoiła się. Wtedy Piotr powiedział:

- Tyle zrobiłem dla tego miasta i nikt się za mną nie opowiedział. Zostałem sam.

- Masz nas. My cię nigdy nie opuścimy – odpowiedziała Joanna. Piotr uścisnął jej dłoń.

- Wiem. – Zapalił samochód i wyjechali z miasta najkrótszą z dróg. Nie oglądając się za siebie.

AngelaneErfurt_Niemcy_08m

VIII

Panem sytuacji w mieście był Artur Zuzia. Dowiedział się już o wyjeździe burmistrza Cezana, rozmyślał zatem o sposobach pozbawienia go dobrego imienia i przypisania wszelkiego zła, sobie zaś zasług, których autorem był burmistrz Cezan. Najprostszym oskarżeniem było, przypisanie Cezanowi nadużyć i nieprawidłowości finansowych i od tego Zuzia postanowił zacząć. Pomyślał też o tym, by wyjść na rynek i podtrzymać na duchu swoją wierną gwardię, która miała dokonać linczu na burmistrzu i jego rodzinie. Chłopcy teraz zapewne byli przygnębieni i pełni obaw. Stanął więc przed szeregiem wyprężonych jak struna młodych ludzi i powiedział:

- Wróg żyje. Wróg jest wszędzie. Wróg to gender. Bądźcie czujni. Nie ustawajcie ani na moment. Szukajcie. Gender jest tu, między nami. Czuwajmy, bo nie znamy dnia ani godziny! – i odszedł.

Tymczasem na jednej z pięknych stylizowanych ławeczek przy fontannie spał po nocnej libacji pijaczek boży, nieświadom niczego i nie widzący nikogo. Z niewiadomych przyczyn spodobało mu się słowo gender,  wymawiane przez wszystkich z zabobonnym przestrachem jak imię diabła. Obudziwszy się i pragnąc wykrzyczeć nadmiar życiowej energii, jaka w nim tkwiła, przeciągnął się i na całe gardło wrzasnął:

- Geeeendeeeerrrrr! Niech żyje gender!

Chłopców od Artura Zuzi zmroziło w pierwszej chwili, lecz złapawszy sens, ruszyli ustawić się w szereg. Coraz to któryś zawołał z zabobonnym przestrachem – Gender! Gender! Tu pachnie gender. Czuwajmy! Gender jest blisko! – Rudy wyrychtował oddział i rozkazał z mocą – Biegnijcie na poszukiwanie gender! Ty tam, ty w drugą ulicę, ty za parkingiem, a ty na drugi z rynków. Biegnijcie i szukajcie! Gender jest blisko! Tylko nie wracajcie z pustymi rękoma! – I chłopcy rzucili się co tchu każdy w wyznaczoną mu ulicę. Winien zamieszania pijak przeciągnął się raz jeszcze, ale już bez krzyków i zwlókłszy się z ławki ruszył przed siebie w Bogu tylko wiadomej intencji.

Tymczasem ksiądz Biegły robił sobie wyrzuty, że swoimi kazaniami naraził na śmierć burmistrza Cezana. W rozmowie z proboszczem wydało się ponadto, że Artur Zuzia i jego podstawiona nauczycielka kłamali, jak z nut. Nie tak wyglądały lekcje w przedszkolu, a zabawy miały zupełnie inny wygląd i sens. Ksiądz Stanisław był niepocieszony i oczekiwał od swojego proboszcza jakiejś otuchy, czy wytłumaczenia, albo przynajmniej jakiejś przyjacielskiej rady. Proboszcz tylko wzruszył ramionami – Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą – powiedział i zostawił wikariusza samego z butelka wódki. Ksiądz Biegły nalał sobie i wypił. Pił tak aż do wieczornej mszy, na którą poszedł kompletnie pijany, zataczając się i usiłując rękoma złapać się powietrza w celu utrzymania równowagi.

Na rynku tymczasem było niespokojnie i patrole powoli wracały ze zdobytymi przez siebie trofeami. Jednym z nich był umęczony przez gwardzistę czarny kot, lękliwie rozglądający się wokół, drugim czarny nieduży kundelek z kulawą nogą, a trzecim koza, wprawdzie nie czarna, ale za to w czarne łaty. Dumni chłopcy trzymali swoje łupy mocno, nie szczędząc sił i wrzasków. Rudy rozkazał rozpalić stos. Gdy się to stało, wrzucono na płonące belki od starego płotu, kota, psa i kozę, przy akompaniamencie wesołych uwag i dowcipnych komentarzy. Była to piękna chwila. Piękna i radosna, wynagradzająca wszelkie porażki i dodająca otuchy. Ale później znów zrobiło się nudno, nienaturalnie obco i przygnębiająco. Nawet grać w karty już im się nie chciało. Dlatego któryś z nich wpadł na genialny  pomysł.                                                                          AngelaneFrankfurt_20m

IX

- Na ogrodowej mieszkają razem dwie lesby,  Jędrzejewska i Sołtysiak. Znacie je? Jak nie, skoro wszyscy się tu znają. Zróbmy z nimi porządek. Niech nie obrażają katolickiej moralności i tradycyjnych wartości! Kto to słyszał, żeby baby ze sobą mieszkały jak małżeństwo! – zaopiniował ten, który lubił nazywać siebie pseudonimem Jana Bytnara Rudy.

- Ja tam bym je zostawił w spokoju. Nie zrobiły nikomu nic złego i ludzie, choć początkowo plotkowali, poza śmiechem i żartami nie robili im krzywdy – zaoponował Maciek Chyży, dla którego zabrakło pseudonimów chłopców z Szarych Szeregów. Nazwano go więc Matołkiem, jako że był trochę nie tego, czyli niemęski i trochę za miękki.

- Ty, Matołek, jak zawsze masz jakieś wątpliwości. Lepiej byś spuścił twojej lasce lanie jak się patrzy, byłaby ci wierniejsza – słowom Rudego towarzyszyła salwa śmiechu.

- No to co chłopaki? Idziemy po lesby? – zapytał ten o pseudonimie Alek – Musimy porozumieć się z policją, by je wsadzić do paki.

- Dobra, idziemy!

Gdy przyprowadzono związane kobiety na komendę, zaczął się problem nie do rozwiązania.

- Musimy je posadzić osobno – mówił Rudy – żeby tego nie robiły, he, he… Bo to grzech i obraza boska!

- Tak, ale mamy tylko jedną celę – odpowiedział dyżurujący na posterunku policjant

- No to klapa. Jak nic będą to robiły – zmartwił się znów Rudy

- No to ty, bracie – zwrócił się do policjanta Alek – będziesz je pilnował. Postawisz sobie przy drzwiach taboret i będziesz je obserwował. Tylko nie spuszczaj ich z oka, ani na moment.

Policjant ucieszył się z takiego obrotu sprawy, bo pomyślał sobie, że pogada sobie z ładnymi kobietami i może dowie się czegoś ciekawego na temat zboczeń  i nareszcie nie będzie się nudził. Praca na posterunku była tak nudna, jak flaki z olejem, bo polegała albo na pisaniu dziennych sprawozdań z przebiegu służby, albo na ziewaniu. Nie było winą policjanta, że nikt nie zgłaszał na posterunek żadnych przestępstw czy wykroczeń. Zaufania ludziom nie narzucisz siłą – rozmyślał policjant.

Wepchnięto kobiety do celi, po czym strażnik ustawił sobie przy drzwiach taboret i rozsiadł się, przygotowując się do pogawędki. Kobiety usiadły na pryczy. Policjant litościwie zdjął im więzy, zagadując przy tym całkiem dobrodusznie.

- Zdejmę wam te sznury, kobietki. I tak jesteście zamknięte i nie uciekniecie, bo i ja tu po coś jestem. A mam gnata jak się patrzy. Gdybyście chciały uciekać, mogę pogrozić. – Tu poklepał się po kaburze, w której inteligencja kazała domyślać się małego rewolweru. Strażnik znów rozsiadł się na taborecie i zagadnął – Ładne  jesteście, kobietki. Po co wam to zboczenie? Nie lubicie mężczyzn? Nawet tych prawdziwych? – tu wypiął szeroką pierś, dając do zrozumienia, że to on jest właśnie prawdziwym mężczyzną – Zawsze myślałem, że lesby są brzydkie i nie umieją sobie znaleźć facetów. Dlatego tak między sobą, no… Ale wy ładne jesteście, szczególnie ty, młodsza. Ja bym cię ugryzł. Ale musiałabyś sama chcieć. Bo ja ten, nie lubię na przymus. Znaczy gwałt. To nie dla mnie. Kobiety są po to, by się oddały same prawdziwemu mężczyźnie.  To rozumiem. To jak będzie? Chcecie mnie czy nie? – policjant zapytał i zaproponował jednocześnie. Kobiety milczały, patrząc uparcie w posadzkę.

- No to ja z innej beczki, bo nie doczekam się odpowiedzi – zagadnął znów policjant życzliwie. – Powiedzcie – właściwie jak wy to robicie, hę? Nie dysponujecie przecież, no ten, no tym co stanowi, że jest się mężczyzną.  To się nazywa penis – naukowo, ale ja wolę słowo fiut – jest bardziej swojskie i naturalne. Więc nie macie przecież fiuta, więc jak? – pytał natarczywie, lecz kobiety milczały.

- Ja mam fiuta pokaźnego, gdybyście go zobaczyły, zaraz byście na mnie poleciały. Może nie? Osiemnaście centymetrów, jak stoi. Sam mierzyłem. Zresztą mogę pokazać. Ot, chyba nie jesteście dziewice i fiuta widziałyście nie raz, co? – tu policjant rozpiął rozporek i wyjął swojego fiuta, potrząsając nim niby zdobycznym trofeum. Podszedł do młodszej i podsunął jej go pod nos.

- No zobacz. Osiemnaście jak nic!

Młoda kobieta nie wytrzymała. Dość miała upokarzającego zachowania policjanta. Powiedziała więc lekceważąco:

- To najwyżej dziesięć. A do tego krzywy i pewnie niewiele może – Lecz starsza, rozsądniejsza zwróciła się do młodszej. – Zostaw,  Julia. Nie narażaj się. On nie jest wart  twoich nerwów. – Było jednak za późno i kompleks prawdziwego mężczyzny odezwał się na całej linii, w pierś wstąpiło męstwo, a  w obwisły członek porcja krwi, która być może uciekła z twarzy w przypływie nagłej złości.

- Ja ci dam zdziro! Nie może! Pokażę zboczkom, co to znaczy mężczyzna! I  szarpnął Julię, zrywając  z niej brutalnie sukienkę.  Wtedy starsza rzuciła się na pomoc. Policjant wyjął rewolwer i pogroził. – Siedź  spokojnie stara kurwo, bo zastrzelę – zawołał wściekły – A ty kładź się – napastnik popchnął Julię i ta przewróciła się na pryczę. Po dokonanym gwałcie wstał i zapinając rozporek mamrotał do siebie:

- Zrobiłem dobry uczynek. Lesbije może zasmakowały prawdziwego mężczyzny i odechce im się zboczeń. Dobry uczynek, na chwałę Bożą. – Poprawił spodnie i schował gnata do kabury. Usiadł na taborecie i dyszał. Starsza z kobiet poprawiała na Julii rozdartą sukienkę i przytuliła ją. Julia nie płakała. Nie chciała by gwałciciel widział jej łzy. Po kilkunastu minutach zupełnej ciszy policjant poczuł przypływ prawdziwej męskości. Wstał i sięgnął po gnata i wolno ważył go w ręce.

- Spoko, zboczki – wycedził przez zęby – Bo jak nie, to zastrzelę jak psa!

AngelaneGoslar_35m

X

Gdy oddział koczował na Starym Rynku, podeszła do chłopaków kobieta po pięćdziesiątce i zapytała lękliwie:  – Czy mogę rozmawiać z panem Rudym? Mam ważną sprawę. Muszę go o czymś poinformować. To skandal i obraza boska! – dodała.

- Obraza boska, mówisz kobieto? – zapytał Rudy

- Tak, Panie Rudy. Obraza boska i wielki wstyd!

- No to mówcie kobieto!  – niecierpliwił się Rudy

- Kiedy wstyd, tak przy wszystkich…

- No to chodźmy kawałek dalej. Tam nikt nie podsłucha.

- Dobrze. Wielki wstyd, Panie Rudy. Moja znajoma mi pokazała sztucznego penisa.

- He, he…. – Zaśmiał się Rudy. – I co dalej?

- Wie Pan jaki duży! Musi rozmiar być specjalny.

- Co też pani nie powie.

- I ona tym sobie, no wie pan… Bo mówi, że jej mąż nie dogadza… Ciągle pijany i trzy ruchy, i to wszystko. Ona mówi, że choć raz chciałaby przeżyć orgazm.

- Nie dogadza, mówisz kobieto? To co? Ogiera potrzebuje? My już jej pokażemy ogiera. Kto to jest?

- To Marylka Karłowicz. Pracuje w urzędzie, w biurze jakimś. Jakim nie wiem… Tego penisa ma schowanego pod pościelą w szafie w sypialni. Łatwo znaleźć, bo w pudełku z namalowanym penisem. Tylko proszę jej nie mówić, skąd pan wie – poprosiła przymilnie kobieta.

- Daj już spokój, kobieto. Już dość powiedziałaś – żachnął się Rudy – a może wiesz o innych też?

- Nie, nie, panie Rudy. To ja już sobie pójdę…

- Zmykaj, by cię gwardia nie wyruchała, he, he…

Rudy opowiedziawszy swoim chłopakom , czego chciała baba owa. Zawyrokował:

- Idziemy tam. Zrobimy rewizję. Babę zamkniemy w dybach przed ratuszem i napiszemy na belce: Chłop jej nie dogodził.

Wiara ryknęła śmiechem. Tylko Matołek coś mruknął pod nosem

- A ty, Matołku czego?

- Ja myślę, że to jest niezgodne z prawem

- Matołku, słusznie cię tak przezwano. Jakie prawo? Tu my stanowimy prawo. Ot wiesz gdzie ja mam takie prawo, które jest przeciwko moralności? – zawołał groźnie Rudy. Poparli go wszyscy i oddział ruszył w kierunku osiedla, na którym mieszkała Marylka  Karłowicz.

Do domu weszło ich trzech: Rudy, Alek i jeszcze jeden, którego pseudonim gdzieś się zawieruszył. Był on zresztą od brudnej roboty. Pierwszy wszedł Rudy bez pukania, bez dzwonka przez otwarte na oścież drzwi, gdyż w upale pani Marylka ich nie zamykała. Rudy odsunął ramieniem zdziwioną gospodynię i wszedł prosto do salonu, z którego drzwi prowadziły do sypialni. Rudy bezbłędnie odnalazł te drzwi i wszyscy weszli tam nie zwracając uwagi na nieśmiałe protesty gospodyni. Rudy rozejrzał się władczo, po czym podszedł do obszernej szafy na bieliznę i rozkazał temu trzeciemu bez pseudonimu – Pod prześcieradłem – i wskazał na drzwi szafy. Chłopak otworzył z rozmachem i wyrzucając pościele  na podłogę, depcząc, szukał domniemanego przedmiotu. Pani Marylka rozpłakała się – Ależ panowie czego szukacie? Ja znajdę prędzej – załkała cicho.

- Odejdź kobieto pókim dobry – rzucił Rudy i popchnął płaczącą gospodynię na przeciwległą ścianę. Marylka z trudem utrzymała równowagę, ale już nie ośmieliła się protestować. Łkała tylko cicho i siąkała zakatarzonym od łez nosem. Po wyrzuceniu na podłogę kilku półek z pościelą, na jednej z nich znalazło się plastikowe opakowanie z rysunkiem penisa. Marylka zaczerwieniła się i schowała twarz w dłoniach. Rudy otworzył zdobycz i wyjął zawartość z pudełka. – He, he… Całkiem, całkiem… Baba miała rację duuużyyy… He, he… Co nie dogodził ci stary? Chodź, pojedziesz z nami – popychając kobietę przed siebie z hałasem wychodzili z domu.  Zmusili do wejścia do samochodu, po czym ruszyli w kierunku miasta.

AngelaneHeidelberg_08m

XI

- Zatrzymaj się, Kasiu. Tam coś się dzieje pod ratuszem – powiedziała Ewelina do Katarzyny, gdy toyotą zbliżały się do ratusza. Katarzyna posłusznie zatrzymała auto. Stały dość blisko, by widzieć co się dzieje przed ratuszem, a jednocześnie dość daleko, by być niezauważonymi. Przez szybę samochodu obserwowały scenę, która wstrząsnęła ich uczuciami do głębi. Ewelina zdobyła się na komentarz.

- To pani Marylka Karłowicz, znam ją. Dobra kobieta. Zdaje się, że pracuje tu w urzędzie. Męża ma pijaka, ale nie chce się rozwieść, bo mówi, że mąż by bez niej zginął. Całe życie ciężko pracowała, zbierała każdy grosz, gdyż marzyła o dużym wygodnym i bogatym domu, by nikt nie mógł nią pomiatać. Chciała być kimś i dlatego w ten dom włożyła nie tylko wielką kasę, ale także całą swoją duszę, wszystkie swoje marzenia, całą niespełnioną miłość do męża, całą niespełnioną młodość, całe swoje życie zagubione w codzienności bez blasku i bez wielkości. Jej wielkością, jej miłością, jej życiem jest ten dom umeblowany w stylu bogatego mieszczaństwa, zagracony przez różnej maści ozdoby, ozdóbki, obrazy – reprodukcje znanych malarzy, wazy, wazony, figurki, figurynki, kwiaty i fotografie rodzinne. Kominek w salonie, fortepian stojący raczej przez snobizm niż potrzebę gry, stojący wielki zegar, skórzana tapicerka wszystko to przypomina salon XIX- stowiecznej bourgois. Szczytem  osiągnięć pani Marylki jest łazienka – przepiękna z niezwykle drogimi detalami, najlepszej jakości kafelkami. Łazienka, z której szczególnie jest dumna i której na co dzień nie pozwala używać – opowiadała Ewelina, podczas gdy  Rudy ze swą bandą zerwawszy z pani Marylki sukienkę,  usiłowali zatrzasnąć ją w dybach. Kasia zerwała się oburzona i była gotowa biec na ratunek, lecz Ewelina powstrzymała ją.

- Nic nie zrobimy. Jest ich zbyt wielu, a zresztą to faceci, nawet gdyby było ich dwóch, nie dałybyśmy rady. Poczekajmy. Uwolnimy Marylkę, gdy odejdą – powiedziała roztropnie

- Masz rację, Ewuś. Te gnojki nas nie dopuszczą, ale przecież nie będą tu siedzieć wiecznie – Kasia w zdenerwowaniu wyginała palce, aż bolało. Poczekały kilkanaście minut, gdy banda Rudego oddaliła się z hałasem. Wtedy poczekały jeszcze pięć minut, czy któremukolwiek z nich nie przyjdzie do głowy wrócić. Wokół było pusto. Nie było widać ani przypadkowych przechodniów, ani pracowników urzędu. Katarzyna ruszyła ostrożnie i za moment stanęły przy trawniku, na którym stały dyby, a w nich zatrzaśnięta zupełnie naga pani Marylka. Nad głową wisiał napis na desce powieszonej na gałęzi  pobliskiego świerku: „Nie dogodził jej”.  – Gnojki – zawołała oburzona Kasia i zerwała napis, odrzucając  go daleko na trawnik. Tymczasem łkająca ciągle pani Marylka zaszlochała prosząco – Uwolnijcie mnie, proszę – Zaraz będzie pani wolna – zapewniła Ewelina i obie z Katarzyną usiłowały otworzyć zatrzaski. – To nie takie proste – zająknęła się Ewelina, ale Kasia oznajmiła radośnie – Ja już mam – Ja też – zawtórowała po chwili Ewelina i obie uwolniły łkającą Marylkę. – Ewcia w bagażniku powinien być mój sweter. Daj, bo musimy w coś ją ubrać – dodała Kasia. Ewelina nie szukała długo. Owiniętą w sweter Kasi panią Marylkę załadowały na tylne siedzenie toyoty i ruszyły. Pani Marylka chciała dziękować, lecz dziewczyny uspokoiły ja i nakazały kategorycznie – Żadnych podziękowań! To była nasza powinność – dodały. Kiedy wchodziły do otwartego na oścież domu pani Marylki, natknęły się na leżącego w przedpokoju mężczyznę, który wyglądał na nieprzytomnego. Kasia pochyliła się nad nim. – Niech pani da spokój – powiedziała wtedy pani Marylka – To mój mąż. Jest pijany i nic mu teraz nie pomoże dopóki nie wytrzeźwieje – powiedziała spokojnie. Dziewczyny usiadły w fotelach w salonie, a pani Marylka poszła się ubrać. Gdy wróciła, Ewelina przedstawiła Kasię – To jest dziennikarka z Warszawy, Katarzyna Rohde-Waśnicka, a mnie pani przecież zna, pani Marylko – powiedziała ciepło Ewelina. Gospodyni uśmiechnęła się przez łzy. Chociaż była już w domu wciąż nie mogła się uspokoić. Przeżycie było zbyt intensywne w tym negatywnym sensie i odebrało spokój kobiecie na długo. – Niech pani to opisze, niech ich pani opisze, za moja krzywdę – łkając zwróciła się do Katarzyny – Nikt nigdy mnie jeszcze tak nie poniżył, tak nie skrzywdził – szlochała kobieta, nie mogąc się uspokoić. Przed dziewczynami stało trudne zadanie. Nie mogły przecież zostawić pani Marylki w takim stanie, roztrzęsionej i niezdolnej logicznie myśleć.

- Proszę się uspokoić – powiedziała znów ciepło Ewelina i przytuliła dygocącą ofiarę genderowej obsesji  osiłków z Piramowic – Spokojnie, spokojnie…  oni już tu nie wrócą. Pani Marylko musi pani doprowadzić do porządku swój piękny dom zdemolowany przez tych gnojków. Musi pani posprzątać, poukładać rzeczy, przebrać męża, bo chyba jest zsikany. Pomożemy go pani położyć na łóżko. Musi pani się umyć i coś zjeść. I koniecznie musi pani zamknąć drzwi od środka i nikogo nie wpuszczać – Ewelina znów przytuliła łkająca Marylkę, aż  uspokoiła się zupełnie. Wtedy Katarzyna zapytała – Czy mogę skorzystać z łazienki? – na twarzy pani Marylki pojawił się wyraz szczęścia  – Oczywiście. Zaprowadzę panią – i poszły obie do luksusowej łazienki, największej ozdoby tego domu i największej dumy jego właścicielki. Gdy Katarzyna wróciła z łazienki do salonu, nie umiała i nie chciała ukryć podziwu – Ma pani piękna łazienkę. Nawet w Warszawie taka łazienka to nieprzeciętna rzecz. Może pani być z niej dumna – powiedziała z przekonaniem. – Dziękuję – odpowiedziała skromnie gospodyni – cieszę się, że się pani podoba. – Ewelina podeszła do leżącego na podłodze męża pani Marylki. – Chodź Kasiu. Przeniesiemy go na łóżko – dziewczyny, choć z trudem, ale przeniosły pijanego do sypialni. – Musi go pani przebrać. Czeka panią dużo pracy – Ewelina uśmiechnęła się do kobiety – Dziękuje wam. Nikt jeszcze nigdy tyle dla mnie nie zrobił co wy – Marylka odpowiedziała uśmiechem. Dziewczyny wyszły i wsiadając do toyoty spojrzały na siebie z radosnym uśmiechem. Po czym przybiły piątkę i odjechały.

AngelaneHirschhorn_01m

XII

Ksiądz Stanisław od rana wybierał się do Bromowa, by odpocząć i poszaleć. Planował jakiś dobry lokal, a w nim – jeśli się uda – ładną, młodą i niegłupią dziewczynę, by z nią spędzić interesująco wieczór, no i rzecz jasna także noc. Nie wiedział co ubrać. Koszulę w kratkę, czy bluzę z jakimiś hardrockowymi napisami. Wybrał to drugie, plus dżinsy i jasne, lekkie, modne obuwie ze skóry. Proboszcz, który zajrzał do niego w południe, zdziwił się nieco przygotowaniami księdza, ale w końcu zmrużywszy figlarnie oko, poddał się,  nie robiąc zbędnych a dowcipnych uwag. Zapytał tylko czy ksiądz Stanisław ma zamiar wstąpić do kurii, bo on proboszcz chciałby przekazać coś ważnego biskupowi. Ksiądz Stanisław wykręcił się dość sprawnie. Do kurii bowiem nie tylko nie zamierzał pojechać, ale od pamiętnej rozmowy z biskupem, omijał to miejsce stale i systematycznie, niby jaskinię węża. Gdy zawiedziony proboszcz odszedł, Stanisław zbiegł lekko po schodach i skierował się do swojego samochodu, zaparkowanego przed wikariatką.

W Bromowie znalazł się w centrum, gdzie aż gęsto było od licznych lokali, kawiarenek, restauracji, dancingów i tym podobnych miejsc. Wybrał jedno z nich, z hotelem na piętrze i cenami na pewno sporo powyżej przeciętnej. Ponieważ o tej porze nic szczególnego się jeszcze nie działo, wybrał się na film do kina porno. Film zatytułowany był „Kamasutra”. Zainteresował go jednak tylko mniej więcej do połowy, gdyż stale powtarzające się sceny seksu, znużyły go jednostajnością i dosłownością. Wyszedł więc i udał się na Stare Miasto. Zwiedził je, zajrzał do zabytkowego kościoła nad Białą i wrócił do hotelu. W restauracji usiadł przy jednym z licznych stolików i zamówił kawę. Wkrótce do stolika obok usiadła atrakcyjna brunetka. Gdy na nią spojrzał, wiedział. To będzie ona. Nie mylił się. Brunetka zwróciła uwagę na młodego księdza równie ciekawie jak on na nią. Po chwili usiadła przy jego stoliku. Zdaje się, że zrozumieli się bez słowa. Ksiądz Stanisław zamówił po drinku i siedząc obok siebie w milczeniu, pili z umiarem. Pierwsza odezwała się brunetka.  Banalnie, ale w sposób naturalny.

- Jak mam do ciebie mówić? – zapytała

- Joachim – odrzekł ksiądz Stanisław – A ty jakie masz imię?

- Natalia – odpowiedziała prosto.

Rozmawiali później o rzeczach mało skomplikowanych, banalnych i wygodnych w przygodnej znajomości. Rozmowa kleiła się jakoś z sensem, a momentami nawet dowcipnie, może dlatego, że oboje poczuli do siebie sympatię i było im ze sobą dobrze. Wypili jeszcze kilka drinków i wtedy on powiedział:

- Jestem księdzem, wiesz?

Natalia liznęła końcem języka górną wargę.

- Szczerość za szczerość – odpowiedziała – Ja jestem mężatką z dwójką dzieci. Ale uwielbiam od czasu do czasu wyruszać w Polskę w poszukiwaniu partnera do jednej upojnej nocy. A potem o nim zapomnieć i wrócić do życia rodzinnego w spokoju i harmonii.

Księdza Stanisława nie zdziwiło to zwierzenie. Czuł, że chce tego samego właśnie z tą kobietą, z jej doświadczeniem i sympatia do mężczyzn. Delikatnie dotknął jej dłoni.

- Jesteś piękna  – powiedział

Ona w odpowiedzi ujęła go za rękę i pociągnęła za sobą.

- Chodźmy – powiedziała.

Jechali windą na szóste piętro, gdzie Natalia miała pokój.  Pocałował ją namiętnie, jeszcze w windzie. Gdy weszli do pokoju, Natalia zamknęła drzwi. Od przedpokoju  zrzucali z siebie ubrania, zostawiając je tam, gdzie spadły. Natalia z satysfakcją spoglądała na młode, piękne ciało księdza, a on odwzajemniał te spojrzenia, pocałunki i uściski.

- Uwielbiam takie młode męskie ciała – mówiła dotykając go i pieszcząc – a szczególnie gdy jest za co złapać – roześmiała się i chwyciła go za sterczący pod prześcieradłem penis.

- Księżulo, jesteś moim szczęściem na dziś. Czy wiesz, że księdza jeszcze nie miałam? – śmiała się głośno i beztrosko.

Stanisław czuł się szczęśliwy. Ta kobieta była wyjątkowa pod każdym względem. Czuł, że musi coś jej powiedzieć.

- Nienawidzę mojego biskupa – zaczął, ale zaraz wyczuł, że w tej sytuacji brzmi to śmiesznie i niezdarnie.

- A co skrzywdził cię? – zapytała Natalia

- Nie, nie to co myślisz. Zresztą to fest chłop. Tłusty, nalany, obślizły i obmierzły – zaśmiał się Stanisław i chwycił swojego drinka z nocnej szafki.

- Fe, oblejesz się – zaśmiała się znów kobieta.

- A za co go tak nienawidzisz? – zapytała

- Eeee, nie zrozumiesz. To męskie sprawy

- Natalia poczuła się urażona.

- Zawsze macie jakieś tajemnice, jakieś męskie sprawy i myślicie, że kobiety są za głupie, by je zrozumieć. A tak naprawdę, to tylko kobiety was rozumieją – oświadczyła prosto

- Jesteś wspaniała! – powiedział ksiądz i  wylał powoli zawartość szklanki na ciało Natalii.

- Teraz to zliżę – mówił coraz bardziej pijany.

Natalia podała mu prezerwatywę.

- Załóż – powiedziała rozkazująco

Stanisław czuł, że ten wieczór z tą kobietą daje mu tyle szczęścia, ile jeszcze w życiu nie miał. Nie kochał jej, ale uwielbiał jej kobiecość, jej piękne nagie ciało i swoje pożądanie, które miało się za chwilę spełnić. Patrząc jej prosto w oczy wyrecytował swój ulubiony erotyk,  z talentem i nie bez osobistych uczuć, nareszcie prawdziwych:
Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla;
Jest taki wiatr.
Jest mróz, co szczęki mężczyzny zmarmurza;
Jest taki mróz.
Nie jesteś dla mnie tymianek ni róża,
Ani też „czuła pod miesiącem chwila” —
Lecz ciemny wiatr,
Lecz biały mróz.
Jest deszcz, co wargi kobiety odmienia;
Jest taki deszcz.

Jest blask, co uda kobiety odsłania;
Jest taki blask.
Nie szukasz we mnie silnego ramienia,
Ani ci w myśli „klejnot zaufania”,
Lecz słony deszcz,
Lecz złoty blask.

Jest skwar, co ciała kochanków spopiela;
Jest taki skwar.
Jest śmierć, co oczy kochanków rozszerza;
Jest taka śmierć.
Oto na rośnych polanach Wesela
Z kości słoniowej unosi się wieża
Czysta jak skwar,
Gładka jak śmierć.

Milczeli, oboje pod wrażeniem uczuć, które w sposób doskonały oddał wiersz Grochowiaka.  Stanisław wychylił całego drinka i nalał sobie następnego.

- Za spotkanie z tobą i za seks -rzecz jasna – też z tobą – bredził Stanisław

- Załóż – powtórzyła rozkaz

- Prezerwatywa? Kościół zabrania prezerwatyw i wszelkich środków antykoncepcyjnych, bo z każdego pieprzenia ma się począć dziecko i problem, co z nim później zrobić – chichotał ksiądz wtulając głowę w nagie obfite piersi Natalii – Jesteś słodka! Słodsza jak życie wieczne i wieczna szczęśliwość. Amen – bredził Joachim.

- Załóż – powtórzyła po raz trzeci Natalia.

- Dobrze! Niech moja bogini ma czego chce. – Ksiądz Stanisław założył prezerwatywę i zanurzył się w miłości jak we mgle wczesnego letniego poranka.

z14519117Q

XIII

Dziewczyny rozstały się w godzinę po incydencie z panią Marylką. Kasia pojechała na posterunek policji sprawdzić, czy aresztowanym kobietom, o których donieśli mieszkańcy, nie potrzeba pomóc. Ewelina uczepiwszy się mankietu swego faceta Tadeusza, poszła na rynek z myślą, by porobić trochę zdjęć z ukrycia. Gdy przybyli na rynek ich oczom ukazał się widok niecodzienny i dziwny. Plac zajęty był przez koczującą młodzież, która wokół fontanny i płonącego wciąż wielkiego ogniska opróżniała butelki z piwem lub innym alkoholem, którego Zuzia im nie szczędził. Przykry widok uderzył wzrok Eweliny, gdy spojrzała na fontannę. W okrągłym basenie stało dwóch mężczyzn rozebranych do naga, przywiązanych powrozami tuż pod lejącą się ciągłym strumieniem wodą. Ewelina poznała ich. Była to para gejów, którą teraz torturowała na rynku gwardia Artura Zuzi. Ewelina nie chciała iść w sam środek pijanej tłuszczy, Tadeusz jednak nalegał, twierdząc, że skoro Ewelina jest z nim, nic jej nie grozi. Gdy przechodzili przez plac, zatrzymał ich sam Rudy.

- A państwo są po ślubie? Czy tak żyjecie sobie na kocią łapę? – zapytał bezczelnie

Ewelina pociągnęła za rękaw Tadeusza.

-Chodźmy stąd – powiedziała zaniepokojona

- Chwileczkę. Nie odpowiedzieliście mi państwo na pytanie – natarczywie znów zagadnął Rudy

- Spokojnie – szepnął Tadeusz do Eweliny, a do Rudego powiedział prostodusznie –Ślubu nie mamy, ale to przecież nie przestępstwo?

- To zależy jak na to spojrzeć – odparł filozoficznie Rudy – Z punktu widzenia prawa bożego, które stoi ponad prawem stanowionym, jest to duże przestępstwo – Rudy wytknął palec wskazujący i podsunął go Tadeuszowi pod nos.

- Chodźmy – ponaglała Ewelina

- A panią to się zajmie moja gwardia – wskazał palcem Ewelinę Rudy i zawołał – Gwardia do mnie! Tu mamy pewną dziwkę, której należy dać nauczkę – i kilkunastu gwardzistów otoczyło Ewelinę szeroką elipsą. Chłopaków przybywało. Pijanych i roześmianych. Wietrzących dobra zabawę. Ewelina ruszyła do ucieczki, ale dwóch osiłków zagrodziło jej drogę. Ruszyła więc w przeciwna stronę, ale i tam nie dano jej uciec. Biegała tak bezładnie z jednego końca elipsy na drugi, bez szans na wydostanie się na zewnątrz. Dzielne chłopaki pełne śmiechu i nastroju beztroskiej zabawy, bawiły się kobietą jak kot z myszą.  Otyła i niemłoda już dziennikarka wreszcie upadła bez sił. Tadeusz  stał przy Rudym i przyglądając się scenie, usiłował coś wyjaśnić Rudemu. Chłopaki podnieśli Ewelinę i rozbujawszy ją za ręce i nogi wrzucili do ognia. Rudy zawołał do Alka – Pedałów też! – po czym zwrócił się do Tadeusza – Dziś mamy jak widzisz dobry dzień.  – i dodał – A ty tu czego jeszcze? Zmiataj, bo z tobą zrobimy to samo – zaśmiał się na koniec Rudy.

Tadeusz nie czekając na powtórkę rozkazu, zniknął czym prędzej w uliczce prowadzącej do domu Eweliny.

z14519139Q,Niemcy-Goslar---fot--Peter-Samow-Flickr-com-CC-BY

XIV

Ksiądz Stanisław wychodził na mównicę w tę niedzielę jakoś dziwnie spokojny. Podniecenie emocjonalne, które towarzyszyło jego kazaniom zawsze, nawet wtedy, gdy z premedytacją kłamał, opuściło go dziś zupełnie. Przyglądał się przez chwilę oczekującemu na jego słowa tłumowi, wpatrywał się w podniesione krzyże i obrazy, i wyobrażał sobie to namiętne pełne uwielbienia oczekiwanie w każdej z tych osób, które teraz widziały w nim boga. Rozpoczął spokojnie, beznamiętnie, by po chwili przejść w głuche, złowieszcze rytmy, przypominające jesienny złowrogi wiatr. Roztaczał apokaliptyczną wizję grzechu i zniszczenia. Apokalipsa stawała się nagle, tu i teraz, bo jego słowach było tyleż ekspresji co mocy. Był prawdziwym poetą słowa mówionego, a jego charyzma pozwoliła mu narzucać ludziom wizje szaleńczo odważne i prawdziwie boskie. Przerwał i spojrzał w dal, poza tłum, poza horyzont, poza to, co działo się tu w tym kościele, na tym przepełnionym placu. Dostrzegł niewiadome i zamilkł. Na zawsze. Stał jeszcze przez chwilę, milcząc. Ktoś z pierwszych szeregów rzucił litościwie:

- Zapomniał biedak.

Ksiądz Stanisław odwrócił się i wyszedł wolno z kościoła, by nie wrócić więcej. Na wikariatce, stanął przed zamkniętym oknem z rękami w kieszeniach dżinsów.

- Co ja zrobiłem dobrego? – zapytał sam siebie – Moim udziałem odkąd jestem tu w Piramowicach jest zło i nic więcej – myślał ponuro – Nie powinienem był  zostać księdzem. To dla mnie zbyt trudne – Stanisław był zbyt uczciwy, by nie zdawać sobie sprawy z tego, że to o co tak naprawdę chodzi, nie ma nic wspólnego z byciem księdzem. Przede wszystkim chciał nie okłamywać siebie. Wiedział, że nie za całe zło, które się tu stało, może obwiniać siebie.  Życiem rządzą takie procesy, na które człowiek tak naprawdę nie ma żadnego wpływu.  Mało co jest czarno – białe w życiu. Człowiek im starszy, tym bardziej to dostrzega. Obserwacja siebie, obserwacja życia i ludzi.. Życie układa się tak, a nie inaczej. Łatwo jest oceniać dychotomicznie, że coś jest dobre lub złe, albo – jeszcze inaczej – że ktoś jest dobry lub zły. To w ogóle duże ryzyko. Można stwierdzić, że coś jest dobre lub złe. Ale co z człowiekiem? Można sobie przyjąć założenie – jest Dobro i jest Zło – i to nie podlega dyskusji. Jest Bóg i jest Szatan. Zestawienie – biel i czerń.  Szatan to też „ciekawy” byt. Cała rzeczywistość przyziemna, w tym rzeczywistość psychologiczna – to są różne odcienie szarości. Bardzo niedobre jest stawianie spraw na ostrzu noża. Wkurzają mnie kaznodzieje, którzy coś takiego mogliby sugerować, za to bardzo cenni są ci kaznodzieje, którzy pozwalają sobie na pewien zdrowy relatywizm. Patrząc po życiorysach ludzi, czy nie ma w tym trochę (albo dużo) determinizmu? Mam taką, a nie inną konstrukcję psychiczną. Taki, a nie inny typ układu nerwowego. Korzystamy z ograniczonego mózgu. Jak więc można mówić o wolnej woli? Jak rozumiemy wolną wolę? Wolna wola to chyba czysta idea. Do tego doświadczenia życiowe, takie a nie inne. Bardzo silnie nas determinują.  Człowiek, aby podjąć decyzję,  musi opierać się na jakichś danych. Mam określone dane przed sobą i dokonuję wyboru. Dane mam takie, a nie inne.. A więc trudno mówić o wolnej woli, bo korzystam z określonych danych – takich, które mi, w pewnym sensie, zostały przedłożone. Dalej, załóżmy, że nie byłoby tych danych, czyli czysty wybór. Ale jak można wybrać coś bez danych? Jeśli bym wybrał coś bez danych (teoretycznie, bo w praktyce to niemożliwe), to może nie ja bym wybrał, tylko coś by za mnie wybrało? Jakaś siła, Anioły, Demony? To nie wybieram wtedy ja! I znów nie ma wolnej woli! Czy jest w naszym życiu wolna wola? Nawet nasze niby podmiotowe wybory, „wolne” wybory poprzedzone są tym, co dzieje się w ograniczonym, zdeterminowanym mózgu… To jest temat zagadka. A może tak ma być? Może trzeba zaakceptować, że nie mam wolnej woli i dać się poprowadzić? Jeśli ktoś wierzy, to można by tu powiedzieć – Okej, nie mam wolnej woli, przestańmy się wreszcie łudzić… Bo to wielkie oszustwo i samobójstwo intelektualne… Niemniej akceptuję ten stan rzeczy i świadomie, wiedząc, że ta „świadomość” też podlega dyskusji, akceptuję swoje olbrzymie ograniczenie i daję się poprowadzić Bogu. Nie wciskam sobie kitu, że jestem w pełni wolnym człowiekiem o czystej, nieskażonej możliwości wyboru. Bo tak nie jest. Akceptuję więc ten stan rzeczy i zdaję się na Boga, na Jego prowadzenie i miłosierdzie. To jest wariant dla człowieka wierzącego, który zastanawia się nad zagadnieniem wolnej woli. Ale pytanie o wolną wolę wciąż może być otwarte,  bo Dobro jest realne.  – rozmyślał na zimno i z sensem, jak mu się wydawało. – Coś jednak zrobiłem dobrego – pomyślał, bo przypomniało mu się jak biegł bocznymi ulicami, przez zaułki i ogrody, by zdążyć na czas, by zdążyć zanim motłoch zabije Cezana i jego rodzinę. Przypominał sobie jak walczył z tym motłochem o życie Cezana, ryzykując własnym. – To jedna bezspornie dobra rzecz jaka w życiu zrobiłem – pomyślał. Przypomniało mu się jak bardzo kiedyś chciał wiele zrobić dla Jezusa i zastanowił się. – Czy uratowałem Piotra dla Jezusa? Nie – powiedział sobie odważnie. – Piotra uratowałem dla siebie. By moje życie miało sens. By zostało się w nim to w co jeszcze warto wierzyć – podszedł do biurka i otworzył laptopa. Na mailu napisał następujące słowa: „Kochani Rodzice! Jutro będę w domu. Chciałbym z Wami spędzić kilka dni w górach. Zaproście także Anię z jej chłopakiem. Zrobimy sobie bajeczny urlop. Kocham Was! Staszek”. Potem nalał sobie drinka, którego sączył przez zęby, po trochu i niedbale. Włączył płytę z ulubioną baśnią z dzieciństwa „Władcą Pierścieni” Tolkiena. Usiadł wygodnie w fotelu, oglądając film z uczuciem odprężenia i ulgi. Już teraz cieszył się, że jutro zobaczy swoich bliskich.

z14519176Q,Niemcy-Lubeka---w-tle-widac-Baszte-Holsztynska---s

 

XV

Katarzyna zdyszana wpadła do domu.

- Ewelina! – zawołała – Ewelina! Gdzie jesteś? – zajrzała do kuchni, potem do obszernego pokoju, gdzie rozmawiały po raz pierwszy. Na fotelu siedział skurczony Tadeusz nad butelka wódki.

- Boże, panie Tadeuszu co się stało? – zapytała zaniepokojona

Tadeusz podniósł wzrok i nagle rozpłakał się jak dziecko.

- Panie Tadeuszu, co panu jest – Katarzyna ukucnęła tuż przy jego nogach.

- Zabili ją, zamordowali… – wyksztusił łkając

- Na Boga! Kogo? – wykrzyknęła Katarzyna, chociaż domyśliła się, że mowa o Ewelinie.

- Ewelinę! Moją ukochaną Ewelinę! A ja jej nie pomogłem. Stchórzyłem. Schowałem się i patrzyłem bezradnie, gdy ją wrzucali do ognia – Tadeusz chlipnął mocno już pijany.

- Nie mógł pan wiele zrobić – bąknęła Katarzyna zażenowana – Niech pan się weźmie w garść i przestanie się mazać. To nie wypada. Pójdę zobaczyć co się właściwie stało – i Katarzyna wyszła z domu. Była zdruzgotana. Wydarzenia przerosły ją. Nie ogarniała tego, a śmierć Eweliny była dla niej ciosem w samo serce. Poczuła się osamotniona i nagle zapragnęła uciec stąd i nie widzieć tych nieprawdopodobnych rzeczy.  Niebezpiecznego sfanatyzowanego tłumu, nad którym nikt już nie ma władzy, tylko jakieś pierwotne instynkty mordu , gwałtu i śmierci,. Opamiętała się i ruszyła odważnie w kierunku rynku. Gdy weszła na plac, pijani młodzi ludzie dojrzeli jej szczupłą sylwetkę i wtedy zaczęło się.

- To ona! – krzyknął ktoś – one były razem! Obie podsłuchiwały nas i fotografowały! Do ognia z nią! – i wataha młodzieży ruszyła biegiem. Katarzyna cofnęła się i rzuciła się do ucieczki. Wpadła w furtkę jakiegoś podwórza i zatrzasnęła ją za sobą. Stała przytulona do zimnej blachy i nasłuchiwała. Wrzask zbliżał się szybko. Byli już tuż. Katarzyna wstrzymała oddech.

- Pobiegła tam! – znów jakiś pojedynczy głos krzyknął i tłum skierował się w pobliską boczną uliczkę. Katarzyna odczekała jeszcze moment, a potem ostrożnie otworzyła furtkę. Ulica była pusta. Ruszyła biegiem w kierunku domu Eweliny. Był coraz bliżej.  Toyota Katarzyny stała przy krawężniku. Jeszcze dziesięć metrów – obliczyła biegnąc co sił. Z naprzeciwka pojawiła się nagle goniąca ja grupa.  W biegu wyciągnęła kluczyki z torebki i w tym momencie odezwał się charakterystyczny sygnał. Otworzyła drzwi. Samochód zapalił i ruszył z piskiem opon. Pierwsi z goniących rzucili się na tylną maskę. Spadli. Katarzyna słyszała ich wrzaski. Zamknęła okno i ruszyła przez rynek w wąską jednokierunkową  uliczkę pod prąd, by jak najprędzej wyjechać z miasta. Na szczęście droga była wolna. W pewnym momencie dojrzała w lusterku coś niepokojącego.  Ulica za tylnymi kołami jakby zaczęła się zapadać i zostawiać za sobą przepaść jak w katastroficznych filmach.

- Czy to możliwe – załomotało jej w głowie. Odwróciła się za siebie. Nie była wątpliwości. Miasto zapadało się pod ziemię. Przydusiła gaz do dechy, drżąc ze strachu niby galareta. Jak długo to trwało – nie była pewna. Może tylko kilka minut, zanim dojechała do ostatnich domostw miasteczka. Gdy przejechała, zapadły się i one. Nie śmiała zwolnić, choć widziała już, że jest ocalona. Co ją ocaliło? Nie wiedziała. Przypadek, Bóg, przeznaczenie? Będzie czas o tym pomyśleć. Tymczasem zwolniła i zatrzymała auto na wzgórzu okalającym zapadłe miasto od południa. Wzięła swoją lustrzankę z teleobiektywem i ruszyła w pole, tam gdzie szczyt wzgórza wydawał się być najwyższy. Wspięła się i spojrzała w dal. Tam gdzie kwitło miasteczko rozciągało się wielkie jezioro, a na nim kręgi i wielkie bąble powstałe na skutek zatopionej materii. Zrobiła kilka ujęć, w tym zbliżeń. Chociaż była niewierząca, ręka sama, jakby bez jej udziału podniosła się do czoła i zrobiła na piersi i ramionach znak krzyża. Aparat chciała położyć na tylne siedzenie, więc otworzyła drzwi i zobaczyła śpiącą smacznie czarną kotkę Eweliny.

- Sławunia – wyszeptała pieszczotliwie, głaszczą miękkie futro kotki. Sława obudziła się, miauknęła cicho i przeciągnęła się leniwie.

- Jednak kogoś ocaliłam z tego piekła – pomyślała Katarzyna z satysfakcją i uśmiechnęła się do siebie.   Znów zapaliła swoja toyotę. Gdy dojechała do autostrady, zatrzymała się tuż przed przejazdem. Wyjęła telefon komórkowy i zadzwoniła do swojej redakcji. Odezwał się naczelny i niezadowolonym głosem powiedział:

- Gdzie ty się podziewasz? Dziewczyno kazałem ci jechać do Piramowic. Gdzie ty właściwie jesteś? – zapytał

- Właśnie jadę do Warszawy. Mam materiał na co najmniej pięć kolejnych numerów i to na pierwszą stronę. Tytuł: „Piramowice – miasto, które nie istnieje”

- Tytuł niezły, ale co to jest do cholery? – zapytał

- Wojtek, nie gorączkuj się. Zaufaj mi. Będziesz miał więcej niż oczekujesz – zapewniła Katarzyna

- Okej. Kiedy będziesz w redakcji?

- Wkrótce.

- Zatem czekam. Cześć!

- Cześć!

Katarzyna wjechała na autostradę, prostą i dobrze widoczną w słońcu aż po horyzont. Nacisnęła gaz do dechy i toyota pomknęła jak błyskawica. Jeszcze długo na horyzoncie można było dostrzec jej znikający punkt.

z14519208Q,Niemcy-Bamberg---Ratusz-w-Bambergu---shutterstock

Zostaw komentarz więcej...

Trzy artykuły

przez , 10.sie.2014, w mitologiapolska

Trzy artykuły

Opowieść o Annie z Liszkowa

23 listopada przypadła kolejna rocznica mordu w Górce Klasztornej, którego na obywatelach polskich dokonał niemiecki Selbstschutz. Początek II wojny światowej dla Łobżenicy był czasem eksterminacji wielu obywateli zarówno miasta jak i okolic. Jedną z ofiar terroru hitlerowskiego na Krajnie była Anna Jaworska z Liszkowa. Chcemy po krótce opowiedzieć jej historię.

Kiedy brała udział w powstaniu wielkopolskim jako łączniczka-zwiadowca miała 23 lata. Kiedy zginęła 23 listopada 1939 roku w Górce Klasztornej – niespełna 43. Anna Jaworska z domu Nowicka dwudziestolecie międzywojenne przeżyła w Liszkowie, pracując wraz z mężem na majątku niemieckich hrabiów Witzlebenów i wychowując dzieci. Ze względu na nieugiętą postawę patriotyczną, którą wyniosła z powstania była szykanowana przez czujących się bezkarnymi właścicieli majątku. Rodzinę jej chciano eksmitować z mieszkania, prawdopodobnie dlatego, by pozbyć się niewygodnej i cieszącej się ze względu na wojenne odznaczenia (m.in. Krzyż „Virtuti Militari”) powszechnym szacunkiem patriotki. Doszło do procesu z hrabią Witzlebenem, który Polka wygrała. Zemsta  po wybuchu wojny była okrutna. Jej głównym wykonawcą był pracujący w młynie przed wojną księgowy, dowódca łobżenickiego Selbstschutzu Harry Schultz, który odpowiedzialny był także za szereg mordów polskich i żydowskich obywateli Łobżenicy i okolic.

Annę Jaworską wraz z mężem i kilkadziesiąt mieszkańców liczącą grupą aresztowano i osadzono w obozie zagłady utworzonym na terenie Sanktuarium Maryjnego w Górce Klasztornej, skąd uprzednio wywieziono do Paterka i tam zamordowano liczną grupę góreckich kapłanów. Mordu na Annie dokonano w sposób wyjątkowo okrutny. Harry Schultz rozkazał do jej obu nóg przywiązać liny i dziesięciu Żydów-współwięźniów – obiecawszy im wolność – nakłonił do rozerwania kobiety tuż nad wykopanym uprzednio dołem. Po dokonaniu egzekucji, która odbyła się na oczach męża Anny, Żydów rozstrzelano. Innymi ofiarami Harry’ego Schultza były młode żydowskie dziewczęta, które – rozkazawszy rozebrać się im do naga – szczuł psami biegającymi po góreckim ogrodzie.

Świadkiem tych dantejskich scen był jedyny ocalony z góreckiej rzezi artysta-rzeźbiarz Jan Topor. Istnieje wykonana przez niego rzeźba przedstawiająca śmierć Anny. Oglądający ją ludzie, znający przed wojną zarówno Annę jak i jej mordercę Harry’ego Schultza, twierdzili, że podobieństwo figurek do pierwowzorów jest niezwykłe i uderzające. Gdzie znajduje się w tej chwili dzieło Topora nie wiadomo. Na pewno jest w rękach prywatnego kolekcjonera.

Kilka lat po wojnie Harry Schultz został osądzony przez polskie władze sądownicze i skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano w 1953 roku. Morderca miał na swoim sumieniu 186 ofiar. Inni sprawcy mordów na Krajnie uszli sprawiedliwości.

Pamięć wyrośnie jak drzewo

Nie pozostały po niej żadne fotografie. – Gdy wróciliśmy z ucieczki we wrześniu 1939 roku do domu, do Liszkowa, dom był splądrowany, zdjęcia i dokumenty leżały podarte  na podłodze tak zniszczone, że nie było co zbierać. Jedyną fotografię, która pozostała (była to fotografia ślubna) daliśmy Janowi Toporowi, rzeźbiarzowi, który utrwalił w drewnie te straszne sceny mordu w ogrodzie góreckim. Nie wróciła do nas. Krzyż Virtuti Militari i inne odznaczenia mama zakopała, obawiając się Niemców – opowiada Elżbieta Główczewska. Po Annie Jaworskiej nie zostało nic prócz wspomnień, które utrwalił na kartach książki „Swastyka nad Górką Klasztorną” ks. Zachariasz Kruża.

Idąc śladami pamięci o Annie Jaworskiej, trafiłam na jeden znamienny fakt. Ponieważ sądziłam, że w Łobżenicy oprócz najbliższej rodziny nikt o Annie nie pamięta, bo przecież nikt na co dzień o niej nie mówi, nie wspomina, nie zastanawia się nad jej śmiercią, ślad ten uznałam za opatrznościowy. Ktoś jednak o Annie Jaworskiej pamięta i tę pamięć chce przywrócić łobżenickiemu społeczeństwu. Powstał Komitet Uczczenia Pamięci Anny Jaworskiej, którego przewodniczącym jest Walter Kapeja ze Stargardu Szczecińskiego. Organizacja, jak się okazuje zrobiła już wiele, zbierając w muzeach i na uczelniach dokumenty dotyczące Anny Jaworskiej i jej działalności. Na uwagę zasługuje fakt odnalezienia kilku prac magisterskich traktujących o zagładzie inteligencji krajeńskiej na początku okupacji hitlerowskiej, w tym rzecz jasna o góreckiej zbrodni. Skompletowano dokumenty dotyczące powstania wielkopolskiego w powiecie wyrzyskim, w którym Anna Jaworska brała udział, a także bitwy pod Wysoką. Z inicjatywy komitetu ufundowano tablicę z nazwiskiem męczennicy na cmentarzu.  Komitet wystąpił również do prezydenta RP o odznaczenie pośmiertne bohaterki Krzyżem Virtuti Militari. Dwie strony poświęcone Annie z Liszkowa można też znaleźć w publikacji „Wielkopolski Powstaniec 1918-1919”. Oprócz krótkiego życiorysu, znajduje się tam kilka wierszy jej poświęconych.

Gdzieś, trudno powiedzieć gdzie, znajduje się wstrząsająca realizmem rzeźba Jana Topora, przedstawiająca sceny z góreckiego mordu. Podobieństwo postaci jest podobno uderzające i niezwykłe. Zarówno ofiar jak i oprawców. Szczególnym podobieństwem odznaczają się figurki głównej ofiary Anny Jaworskiej i jej kata Harry’ego Schultza. Artysta, utrwalając w rzeźbie scenę męczeńskiej śmierci Anny, połączył je na zawsze więzami, których nie rozplącze już nikt. Nawet ci, którzy o Annie Jaworskiej nie będą już pamiętać. Nawet ci, którzy nic o niej nie wiedzą. Rzeźba przemówi do nich siłą artystycznej wyobraźni.

Może warto byłoby odnaleźć miejsce, w którym znajduje się dzieło Topora. Podobno artysta sprzedał je prywatnemu kolekcjonerowi. Różnie podają jego aktualny adres: Nakło, Bydgoszcz, Toruń. Szkoda, że nie ma rzeźby  w Łobżenicy.  Właściwe jej miejsce jest właśnie  tu, bo przedstawia kawałek historii miejscowej. Może kiedyś wróci – na  świadectwo i wieczną rzeczy pamiątkę?

 

Godnie uczciliśmy pamięć

Po raz pierwszy Święto Niepodległości w Łobżenicy obchodzono nie pod pomnikiem na placu Wolności lecz na cmentarzu parafialnym. Odsłonięto uroczyście tablicę poświęconą Annie Jaworskiej – bojowniczce o wolność Rzeczypospolitej.

Tablicę na grobie pomordowanych przez hitlerowców w listopadzie 1939 roku w Górce Klasztornej łobżeniczan  poświęconą Annie Jaworskiej z domu Nowickiej i jej mężowi Antoniemu odsłonięto w świąteczne popołudnie w obecności burmistrza Eugeniusza Cerlaka, przewodniczącego rady miejskiej Edwarda Starszaka, radnych, pocztów sztandarowych szkół i organizacji społecznych. Honorowymi gośćmi były córki Anny i Antoniego Jaworskich: 91-letnia Irena Siejek i 84-letnia Elżbieta Główczewska. Wartę honorową pełnili uczniowie klasy wojskowej ZSP w Łobżenicy oraz harcerze z gimnazjum. Obecni byli także: ks. prałat Lucjan Wiśniewski i ks. dziekan Karol Glesmer.

Inicjatorami postawienia tablicy upamiętniającej postać bohaterskiej łączniczki powstania wielkopolskiego i zmarłej śmiercią męczeńską Anny Jaworskiej byli członkowie zarządu Komitetu Uczczenia Pamięci Anny Jaworskiej, w szczególności Walter Kapeja i Andrzej Kosmala – również obecni na uroczystości. Andrzej Kosmala przypomniał postać bohaterki, jej czyny i męczeńską śmierć w słowach, które zebranym licznie na cmentarzu łobżeniczanom zapewne mocno zapadły w pamięć. Ksiądz dziekan Karol Glesmer poprowadził modlitwę, po czym delegacje złożyły wiązanki kwiatów a harcerze postawili znicze na obu pomnikach upamiętniających pomordowanych łobżeniczan, a także na grobie powstańców wielkopolskich. Na zakończenie odczytano nazwiska tam spoczywających i odśpiewano „Rotę”.

Po uroczystości na cmentarzu mieszkańcy Łobżenicy udali się do auli gimnazjum, gdzie młodzież pokazała spektakl teatralny przypominający tamte tragiczne wydarzenia.

Zostaw komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...